W zbiorach Muzeum Kaszubskiego w Kartuzach znajduje się fotografia, która  przedstawia trzy hydroplany na Jeziorze Łapalickim podczas ćwiczeń z wojskami lądowymi.
Z relacji - bosmana mechanika - Bolesława Rusaka opublikowanej w książce Andrzeja Celarka, Morski Dywizjon Lotniczy, wiemy, że w 1929 r. z Jeziora Łapalickiego pod Kartuzami startowały trzy wodnopłatowce LeO H 135. Samoloty uczestniczyły w ćwiczeniach z kilkoma batalionami Obrony Narodowej, wykonywały pozorowane naloty bombowe i zrzucały meldunki. Po wykonaniu tych zadań wracały na jezioro, z którego startowały do Pucka. Dwóm hydroplanom  start przebiegł bez zakłóceń, niestety załoga trzeciego samolotu  wybrała lot pod wiatr, w poprzek jeziora, na dość wysokie, zalesione wzgórza. Na 150 m wysokości, jeden z silników nagle zmniejszył obroty, co spowodowało ślizg na skrzydło. Samolot zaczął spadać w dół, zaczepił skrzydłem o wodę i zniknął. Na szczęście załoga, w tym mechanik Rusak zdołali się uratować. Pozostałe dwa hydroplany zawróciły z nad Kartuz na ratunek kolegom. Wyciągnęli ich z wody zaś wrak wodnopłatowca zabezpieczyli, sądząc, że osiadł na płyciźnie.
Następnego dnia bosman Rusak przybywszy na miejsce zdarzenia zauważył, że wraku nie ma. Akcja poszukiwawcza trwała całe lato, w końcu ( w dużym uproszczeniu streszczając) wyciągnięto konkluzję, że „Smok” z głębin Jeziora Łapalickiego nie chce oddać samolotu. 
Więcej informacji znajdziecie Państwo w publikacji:
A. Celarek, Morski Dywizjon Lotniczy, wspomnienia lotników, Gdańsk 2002
---
Samolot- amfibia Liore et Olivier LeO H-135 został zbudowany w firmie Liore et Olivier w Levallois-Perret pod Paryżem. Jego konstrukcję oparto na łodzi latającej LeO H-13B3. Układ samolotu, z małymi modyfikacjami, pozostawiono bez zmian, utrzymano także napęd dwusil-nikowy. Samolot ten, jako amfibię, wyposażono w podwozie klasyczne wciągane w locie oraz podczas wodowania pod płat dolny. Samolot otrzymał oznaczenie LeO H-135B3. Symbol B3 na końcu oznaczał samolot bombowy trzymiejscowy.
Prototyp samolotu-amfibii LeO H-135B3 zo¬stał oblatany w 1926 r. Próby w locie zakończyły się pomyślnie i w połowie tego samego roku uruchomiono jego produkcję w małej serii w Polsce.
W 1925 r. zakupiono 2 egz. LeO H-135B3 dostarczone w kwietniu 1926 r., a następnych 5 dostarczono w 1927 r. LeO H-135B3 pełniły służbę patrolową nad wybrzeżem i wodami terytorialnymi, ponadto wykonywały przeloty w głąb kraju, najdalej do Lwowa. Trzy z nich zostały utracone w wypadkach lotniczych. Samoloty te były używane do 1933 r., ostatni przetrwał dłużej. W 1934 r. wykorzystano go do zdjęć w locie dla filmu fabularnego ”Rapsodia Bałtyku”. W tym samym filmie wykorzystano w postaci na pół zatopionego rekwizytu wrak innego LeO rozbitego we wcześniejszym wypadku. Później był używany przez pewien czas do holowania rękawów H. Skasowano go dopiero w 1938 r.

Muzeum Kaszubskie im. Franciszka Tredera w Kartuzach powiększyło swoje zbiory o unikatowe artefakty, a to dzięki  hojności Mirosławy  i Jana Kazanów.   6  maja 2021 roku za pośrednictwem Pana Piotra Kazany, kartuskie muzeum otrzymało kilka fotografii wykonanych w 1942 r., a prezentujących zrzucenie dzwonów z wież kościoła poklasztornego w Kartuzach oraz ułamek z jednego dzwonu.  Wartość tej kolekcji podnosi fakt, że fotografie   pochodzą ze zbiorów  Feliksa Marszałkowskiego, a wykonane zostały przez kartuskiego fotografa Józefa Brillowskiego. Tym bardziej dziękujemy za ogromną życzliwość i okazany gest.

 

 Jak hitlerowcy zrabowali   dzwony z kościoła poklasztornego w Kartuzach

 

W czasie licznych wojen dzwony często padały łupem najeźdźców. A przecież dzwony mają szczególną symbolikę dla Kaszubów. Towarzyszą im w dobrych i złych momentach życia., w radościach i smutkach. Pierwsze dzwony kartuskie zostały zrabowane już w 1626 r. przez Szwedów za czasów przeora Repfa. Było tak  także w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej.  Wojny przynosiły  nie tylko terror, bezlitosną eksterminację społeczeństwa, zło,  zniszczenia ….  ale i kradzież mienia.

We wrześniu 1939 r. zniszczono w Kartuzach figurę Matki Bożej Królowej Korony Polskiej stawiając w tym miejscu ponownie pomnik wojaka pruskiego. W mieście ścięto pięć krzyży, zaś w 1941 r. usunięto z kapliczki figurę św. Brunona. Podobne sytuacje miały miejsce także w innych miejscach na Kaszubach. To tylko niektóre przykłady profanacji symboli religijnych Kaszubów. 

Niemcy dokonywali   grabieży  dzwonów na potrzeby niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. 15 marca 1940 r. Hermann Göring wydał rozporządzenie o przeprowadzenie ewidencji a następnie rekwizycji dzwonów  znajdujących się na terenach okupowanych i inkorporowanych do III Rzeszy. Proceder ten przybrał na sile, kiedy niemiecki przemysł zbrojeniowy zaczął odczuwać brak surowców.  Proces rekwizycji dzwonów nasilił się w 1941 r. po napaści Niemiec na ZSRR.  Proboszczowie otrzymywali od okupanta specjalne ankiety, w których mieli zawrzeć informacje na temat dzwonów w ich parafiach. Tak też było w Kartuzach.

Przy zabieraniu dzwonów obowiązywały na tym terenie następujące zasady: kościołom parafialnym należało pozostawić jeden dzwon najmniejszy, podczas gdy kościoły filialne musiały oddać wszystkie.  Zarekwirowanym dzwonom Niemcy przypisywali odpowiednie kategorie:

Kategoria A – obejmowała dzwony powstałe po 1875 roku, nie posiadające wartości historycznej. Miały one być przekazywane bezpośrednio do hut, do natychmiastowego przetopienia

Kategorie B i C – obejmowały dzwony uznane za zabytkowe i artystyczne. Tego rodzaju dzwony wysyłano do specjalnych składnic, gdzie miały oczekiwać na przetopienie w wypadku wyczerpania się zasobów kategorii A.

 Kategoria D – obejmowała  dzwony o znacznej wartości historycznej. Te według ks. Kazimierza Raepke nie podlegały demontażowi. W rzeczywistości składowano je w celu sukcesywnego przetapiania w ramach potrzeb. Najprawdopodobniej  kartuskie, siedemnastowieczne dzwony trafiły tak jak i dzwony gdańskie do huty pod Hamburgiem.

Składowisko dzwonów pod Hamburgiem 

Zrabowanie  dzwonów z wież kościoła poklasztornego w Kartuzach nastąpiło w 1942 r.. Zabrano trzy zabytkowe dzwony z lat 1640, 1643, 1644.  Demontażu podjęli się  Paweł Langa i Leon Niklas z Kartuz. Prawdopodobnie na polecenie Niemców pomagali im w tym miejscowi kowale, Magulski i Necel.

Dzwony te – jeden ruchomy zwany chórowym i dwa stałe, zegarowe zostały sprowadzone do Kartuzji Kaszubskiej  przez przeora Repfa.  Większy z nich, godzinowy ważył 962 kg, był metrowej średnicy, miał 70 cm wysokości i  napis GLORIA IN EXCELSIS DEO. Ozdobiony był stylizowanym ornamentem roślinnym. Z fotografii otrzymanych od Piotra Kazany trudno odczytać łacińskie sentencje, jedynie wyraźne:  Anno Domini  1640 (fot.1).

Fot. 1. XVII w. zabytek ludwisarstwa gdańskiego, fot. Józef Brillowski 

Fot. 1 Dzwon odlany w 1640 r., w czasie II wojny światowej zrzucony z wieży kościelnej, 

fot. Józef Brillowski. Fotografia przekazana przez Państwo Mirosława i Jana Kazana.

     Drugi, kwadransowy, ważący 174 kg, miał średnicę 70 cm, pół metra wysokości, datę i niżej na płaszczu podpis: FUDIT ME BENNINGK GEDANI (odlał mnie gdańszczanin Benningk).  Odłamki tego dzwonu jak podaje wybitny historyk ks. Kazimierz Raepke w swym dziele Kościół  dawnej Kartuzji Kaszubskiej w Kartuzach posiadali Feliks Marszałkowski, Józef Brillowski  i być może jeszcze kilka innych osób.  Był to dzwon z 1643 r..

Odłamek dzwonu, który posiadał Feliks Marszałkowski został przekazany do zbiorów

muzeum przez Państwo Mirosława i Jana Kazana

    Na wieży środkowej  zawieszony był dzwon ruchomy z 1644 r., odlany także przez Gerharda Benningka. Ważył 180 kg, miał 65 cm średnicy i 50 cm wysokości, zdobiły go piękna korona z manierystycznymi maszkaronami i napisy. Na czapie dzwonu widniał napis; CARTUSIAE PARAD. B.V. MARIAE F.I.V.R MDCXLIV (fot.2).  

Fot. 2 fotografia ze zbiorów Mirosławy i Jana Kazanów. Fot. Józef Brillowski 

Na odwrocie fotografii ręczne adnotacje Feliksa Marszałkowskiego 

    Te dzwony Niemcy zrabowali. Pozostawiono jedynie najmniejszy na wieży wschodniej z 1884 r.. Jest to dzwon udekorowany fryzem z owoców granatu, wina i kunsztownych draperii. Ten do dziś dzwoni ze wschodniej sygnaturki.

    W kwietniu 1942 r. niemieccy okupanci, największy, godzinowy dzwon spuścili z wieży zachodniej po belce, który przy upadku wrył się w ziemię na głębokość metra. Drugi, kwadransowy, z wyższej kondygnacji hełmu wieży zachodniej, podczas zdejmowania spadł i rozbił się według relacji Józefa Brillowskiego na kawałki. Kolejny dzwon, ruchomy, z wieży środkowej, demontowano ostrożniej i spuszczono po specjalnym pomoście.

I jak pisze  znany, kartuski pisarz Ryszard Ciemiński w swym dziele Album kartuski:

 

                        Fotograf z ulicy Jeziornej [Józef Brillowski] otrzymuje wiadomość  o przygotowywaniu klasztornych dzwonów do przetopienia. Naprędce wykonuje serię zdjęć dzwonów                                      zęściowo już spękanych, rozłupanych. Gra idzie o zachowanie ku pamięci łacińskich napisów. Udało się. Są tam na nowej, już powojennej, wersji dzwonów, oznajmiających                              całemu miastu o zbliżającej się mszy świętej, nabożeństwie czy uroczystości kościelnej.

W  ubiegłym roku Muzeum Kaszubskie otrzymało jeszcze jeden mały fragment  dzwonu od Pana Marcina Plichty.  

    Po wojnie pierwszy proboszcz ks. Ignacy Stryszyk, 25 kwietnia 1948 r. zamówił  nowy dzwon  o imieniu „Brunon”. Poświęcenia dokonał ks. biskup Kazimierz Józef Kowalski. Niestety z powodu złego stopu, dzwon pękł w pierścieniu odsercowym i został odlany na nowo. Wówczas po naprawie dzwon już został poświęcony przez samego ks. Stryszyka. W 1960 r. kolejny proboszcz kartuski ks. Franciszek Żur sprowadził z Wrocławia dwa nowe, ruchome dzwony. Większy, poświęcony Matce Bożej Wniebowziętej, zawisł na wieży zachodniej obok „Brunona”, mniejszy, poświęcony św. Franciszkowi Ksaweremu, na wieży środkowej.

Straty poniesione przez parafie powiatu kartuskiego były znaczne, gdyż z  60 dzwonów, istniejących w 1939 r., zostało zrabowanych do końca wojny 35, o dużej wartości zabytkowej.

Jedyną pamiątką po nich są zachowane fotografie oraz …. odłamki przekazane do kartuskiego muzeum.

(oprac. B.K)

 

Korzystałam z:

  1. Hajduk, Kartuzy i powiat w latach 1939-45 [w:] Dzieje Kartuz, t. 2, Kartuzy, 200, s. 228
  2. Walkusz, Wojenne losy duchowieństwa katolickiego ziemi kartuskiej 1939 – 19945, Kartuzy 1999, s. 24
  3. Ciemiński, Album kartuski, Gdańsk 1991, s. 27
  4. Raepke. Kościół dawnej kartuzji Kaszubskiej w Kartuzach, s.162

Pomerania, 1983, nr 11

 

Katastrofa w Sartawicach – rzecz o relikwiach św. Barbary

 

Niedawno otrzymałam  w prezencie od  Pani Sławiny Kosmulskiej -  córki Lecha Bądkowskiego książkę o tytule Odwrócona kotwica.  Publikacja wielu osobom świetnie znana, zważywszy, że po raz pierwszy ukazała się w 1976 r.. Niemniej  warto do niej wracać chociażby z tego względu,  że jest to książka historyczna  odnosząca się  do średniowiecznych dziejów Pomorza.

 Mnie najbardziej - z wiadomych względów -  zaintrygowała  Katastrofa w Sartawicach nawiązująca  do   historii kradzieży  relikwii  św. Barbary.  Przy czym autor wyraźnie zaznacza swoje wątpliwości co do prawdziwości niektórych wydarzeń. Bo przecież  losy św. Barbary  a także jej relikwii opierają się w dużej mierze  na przekazach legendarnych.

Kult św. Barbary jest  bardzo popularny wśród  Kaszubów.  Kaszubi przywiązywali szczególną wagę do tej świętej, ponieważ była patronką rybaków. Mawiali: „W święto Barbórki (4 grudnia), zdejm sanie z górki” co oznaczało szybkie nadejście zimy.

Wizerunek świętej występuje bardzo często w sztuce ludowej Kaszub. W zbiorach kartuskiego muzeum znajduje się piękny obraz na szkle z podklejonym obrazkiem – wizerunkiem świętej.

Przypomnijmy kim była. Łacińskie słowo „barbara” znaczy tyle, co mieszkanka spoza Grecji, cudzoziemka. Należy ona do tych świętych,  których akta zaginęły, ale żywa pamięć  o niej zachowała się˛ do czasów współczesnych. Nie znamy dokładnie daty jej śmierci. Przypuszcza się, że zmarła około roku 305, za panowania cesarza Maksymiana Galeriusza (305-311). W tym czasie dochodziło do najkrwawszych prześladowań  chrześcijan. Przekaz legendarny mówi o niej, że była córką Dioskura z Nikomedii (lub Heliopolis) w Bitynii, sprawującego  w mieście wysoki urząd. Była tak piękna, że o jej rękę˛ ubiegało się wielu najznakomitszych młodzieńców. Ona jednak odrzucała wszystkie propozycje,   bez wiedzy ojca przyjęła chrzest i złożyła  ślub dozgonnej czystości jako oblubienica Chrystusa. Rozgniewany ojciec zamknął ją w wieży. Była poddawana różnym torturom, obcięto jej piersi, mimo to nie wyrzekła się wiary. Zginęła męczeńską śmiercią – ścięto jej głowę. Ikonografia najczęściej przedstawia św. Barbarę˛ w stroju królowej w koronie, podkreślając w ten sposób jej szlachetne pochodzenie. W ręku trzyma palmę męczeństwa czy też zwycięstwa lub kielich z hostią.  Czasami przedstawiana jest z wieżą,  w której miała być  zamknięta  przez ojca. 

 Legenda głosi, że papież Innocenty IV ( od 1243 do 1254 r.) pragnął namówić duńskiego króla Eryka IV do wspólnej wyprawy przeciwko pogańskim piratom. Wysłał do niego biskupa Sendezę z wyjątkową relikwią - głową św. Barbary. Niestety wysłannika spotkał zawód: gdy dotarł do Danii, okazało się, że w obawie przed szalejącą w królestwie zarazą Eryk IV udał się do Szwecji. Niestrudzony Sendeza ruszył w dalszą drogę za Erykiem. Niestety statek, którym płynął rozbił się u oksywskiego wybrzeża (niektóre źródła podają, że było to bliżej Rumii). Sendeza dostał się do niewoli.  Los jego byłby przesądzony, gdyby nie przejeżdżający orszak pomorskiego biskupa z Kamienia Jaromira, który był również siostrzeńcem księcia pomorskiego Świętopełka. Jemu to biskup Sendeza  przekazał relikwie św. Barbary.

Tyle legenda, która tłumaczy w jaki sposób  relikwia czaszki św. Barbary znalazła się  (do 1242 roku)  w posiadaniu książąt pomorskich. W Sartawicach znajdował się gród Świętopełka (Sartowice obecnie położone są w powiecie świeckim).

Bądkowski dokładnie analizuje wyprawę  Krzyżaków na Sartawice opierając się na średniowiecznej  relacji  Henryka von Hohenlohe powstałej w 1247 r. oraz relacji Piotra z Dusburga zapisanej w Kronice ziemi pruskiej w XIV w.. Trafnie ocenia, że:

         Piotr z Dysburga [w swej relacji] chciał zataić, że: po pierwsze, bracia    zakonni po zwycięstwie przede wszystkim rzucili się na rabunek, po          drugie,        że relikwię znaleźli raczej przypadkowo, wypatrując skarbów,          po trzecie,   że głowa św. Barbary była starannie zabezpieczona przez          Świętopełka,         który zaopatrzył ją w swoją pieczęć i „atest”       stwierdzający tożsamość.         Rabunek wprawdzie był (i pozostał) praktyką wojenną, ale nikt się nim nie   chwali, a propaganda   zakonna idealizująca rycerzy NM Panny, wolała        więc   ten fakt        przemilczeć, zwłaszcza wobec zetknięcia się, w czasie tego          rabunku, z tak ważną świętością. Ta sama propaganda przedstawiała    Świętopełka jako „syna diabła”, „syna nieprawości i zatracenia”,         „przewrotnego”, głuchą żmiję”, jako barbarzyńca i odszczepieńca, który   na     zgubę chrześcijan sprzymierzył się z poganami, wypadało zatem   przemilczeć, w jakim poszanowaniu przechowywał głowę świętej,   postępując zgodnie z obyczajami innych książąt chrześcijańskich.

Czaszka została  wykradziona z grodu w Sartowicach przez Krzyżaków. Potem  przechowywana była w kaplicy na zamku w Starogrodzie (pod Chełmnem).  Św. Barbara stała się zarówno patronką tego miejsca jak i  dzieła chrystianizacji Prus jak i całego państwa zakonu krzyżackiego. Z biegiem czasu miejsce to stało się centrum pielgrzymkowym państwa zakonu krzyżackiego w Prusach. O istniejącym kulcie oraz licznie przybywających pielgrzymach posiadamy sporo informacji. Sanktuarium to nawiedziła między innymi, w 1400 roku księżna Anna, żona księcia Litwy - Witolda. Kult w Starogrodzie ogniskował się przede wszystkim wokół figury, która zawierała relikwie oraz relikwiarza w kształcie głowy. Ośrodek kultu w kaplicy zamkowej w Starogrodzie przestał istnieć wraz z wywiezieniem relikwii św. Barbary w 1454 roku do Malborka.

Podczas wojny trzynastoletniej (1454-1466) relikwia została ukryta na zamku w Malborku, skąd król Kazimierz Jagiellończyk po zajęciu twierdzy przekazał ją do klasztoru w Czerwińsku nad Wisłą lub jak czytamy w Odwróconej kotwicy do Gdańska.  I tutaj są już rozbieżności. Relikwie kradziono i wyrywano sobie zbrojnie. Autor konstatuje, że relikwie w średniowieczu  cudownie  się rozmnażały i nagle święty miał  kilka głów. Nie od dziś wiadomo, że w średniowieczu dochodziło do nadużyć, sprzedawano bowiem fałszywe relikwie.

Potwierdzeniem istnienia relikwii w  klasztorze  w Czerwińsku jest jedynie zachowana do dzisiaj herma (relikwiarz) św. Barbary przechowywany w Muzeum Diecezjalnym w Płocku.

  Bądkowski informuje, że głowa św. Barbary znalazła się w Gdańsku za dług zaciągnięty u mieszczan na prowadzenie wojny trzynastoletniej. Kazimierz Jagiellończyk dał ją miastu w zastaw razem z drzazgą krzyża świętego. Sam król wszedł w ich posiadanie w zdobytym Malborku.  Dostrzegał ich komercyjną wartość.

Relikwie św. Barbary w Gdańsku  przy każdej większej uroczystości były ukazywane w wyjątkowym relikwiarzu. Niestety zaginął on podczas II wojny światowej.

W 1969 roku decyzją kościelnych władz kult św. Barbary ograniczono jedynie do sfery lokalnej. Jako oficjalny powód podano fakt, iż cała historia związana z tą Świętą wywodzi się głównie z legend. Niemniej do dzisiaj na  Pomorzu, Kaszubach modlą się do św. Barbary rybacy i marynarze, prosząc o ochronę, obfite połowy i szczęśliwy powrót do domu. Rybacy pracujący  na morzu czy wodach śródlądowych, nie wypływali bez wizerunku św. Barbary. W trudnych sytuacjach zanoszono do niej modlitwy z wiarą,  że  przyjdzie im z pomocą. O jej orędownictwie w czasie sztormów i ratowaniu się rozbitków wspomina wiele kaszubskich opowieści. Z wdzięczności  za ocalałe życie  w okolicach portów i rzecznych przystani budowano  jej kapliczki.

Święta Barbara jest także patronką dobrej śmierci. Występuje w pieśniach żałobnych śpiewanych podczas kaszubskiej Pustej Nocy.

   

 Św. Barbara, obrazek drukowany i malatura na szkle 
    
 
 Św. Barbara
***
Zwyczaj malowania na szkle jest od dawna znany na Kaszubach i należy do ewenementów polskiej sztuki ludowej. Twórcy malarstwa na szkle korzystali dawniej z drzeworytów, które podkładali pod szkło, zaś motywy roślinne malowali temperą na szkle. Z biegiem lat technika się zmieniała i całość malowano na szkle. Tego rodzaju dzieła można współcześnie podziwiać między innymi w Muzeum Kaszubskim w Kartuzach. Kolekcja znajdująca się w Muzeum Kaszubskim jest unikatowa ze względu na jej niepowtarzalność i jedyne zachowane świadectwo tej sztuki kaszubskiej. Do Muzeum trafiła część zbiorów Aleksandra Majkowskiego, jako dar bezpośrednio od rodziny, jak i decyzją Prezydenta Miasta Gdyni z 1949 roku. Opisy obrazów na szkle z kolekcji Majkowskiego można znaleźć między innymi w książce „Sztuka ludowa na Kaszubach” Bożeny Stelmachowskiej oraz w publikacjach Józefa Grabowskiego. Poza zbiorem kartuskim jeden kaszubski obrazek znajduje się także w Muzeum Etnograficznym w Toruniu (św. Rozalia).
 
Św. Barbara, obrazek drukowany i malatura na szkle, XIX w., pochodzenie: Gdynia-Orłowo. Pochodzenie takie mogło być przyjęte ze względu na to, że obrazy te pozyskano jako pozostałość po Muzeum Miejskim w Gdyni – Orłowie.
 
 Obraz przedstawia św. Barbarę, posiada malowane tło z ornamentem kwiatowym (tulipany) oraz gipsowe obramowanie. Popiersie świętej na obrazku przedstawione jest  w owalu, na tle krzyża. W czterech polach utworzonych przez ramiona krzyża, symetrycznie do dużego owalu znajdują się  cztery małe owale, a w nich ręce i stopy Chrystusa. Obraz utrzymany  jest w kolorach czerwieni, brązów, żółci.
(oprac. B.K)

Wytwórnia  Wód Gazowanych  i Rozlewni Piwa w Kartuzach Leona  Cieszyńskiego.

Pewnie wielu z Państwa   pamięta smak lemoniady, wody czy piwa z  Wytwórni  Wód Gazowanych  i Rozlewni Piwa w Kartuzach Leona  Cieszyńskiego. Prezentujemy Państwu butelkę po wodzie mineralnej z fabryki Leona Cieszyńskiego. Warto przypomnieć tą ważną osobę dla Kartuz.

***

Leon Cieszyński urodził się 19 sierpnia 1897 r. w Stężycy. W 1921 r. zamieszkał w Kartuzach i od tego momentu możemy powiedzieć, że  tworzył tożsamość miasta. 

Leon Cieszyński  ożenił się z Heleną Tusenk. W obiektach – budynkach należących do  rodziców żony  uruchomił Wytwórnię Wód Gazowanych, która mieściła się przy ulicy Zamkowej w Kartuzach.  Walory krajobrazowe Kartuz, które od lat stanowiły dobrze zorganizowany ośrodek ruchu turystycznego i letniskowego, sprzyjały wytworowi wody mineralnej.

W 1933 r. Leon Cieszyński został radnym Rady Miejskiej w Kartuzach. W czasie drugiej wojny światowej  udzielał pomocy potrzebującym rodzinom, głównie ofiarowując (rozwożąc potajemnie) swoje wytwory, wspierał je także materialnie.  W maju 1945 r.  NKWD aresztowało Leona i jego żonę. Przebywali w obozie przejściowym w Grudziądzu. Leonowi prawdopodobnie udało się zbiec, żonę zaś tak jak wielu innych Kaszubów deportowano  na teren ZSRR. 

W  1948 r. zakład -  rozlewnia przeniesiony został  do zabudowań znajdujących się przy ulicy ks. Ściegiennego (obecnie  ulica Klasztorna 4).  W miejscu poprzedniej siedziby wytwórni  (przy ulicy Zamkowej) Leon założył świetlicę dla pracowników - miejsce,  w którym można  było organizować spotkania wigilijne, urodzinowe czy też imieninowe.  Zatrudniał dwanaście osób.  W tym czasie w wytwórni pracował Antoni Warmowski, który był  „kuczrem”.   Końmi,  ciągnącymi wóz z beczkami  piwa,  rozwoził je  po miejscowościach powiatu kartuskiego.

W 1951 r. zakład  został bezprawnie przejęty przez Gdańskie Zakłady Piwowarskie. Zarządcą przymusowym został Tadeusz Jedyński (enkawudzista). Leon musiał przekazać jemu wszystkie księgi i klucze do zakładu. Cieszyński nie otrzymał żadnej rekompensaty za maszyny, urządzenia stanowiące jego własność, zarekwirowano mu zresztą także  pewną sumę pieniędzy. W 1957 r. Leon Cieszyński pisał skargi do KC PZPR o zdjęcie przymusowego zarządu jako bezpodstawnego i bezprawnego. W odpowiedzi otrzymał wyjaśnienie, że przejęcie firmy nastąpiło w oparciu o obowiązujące w tamtym czasie przepisy (sic!).  Leon Cieszyński już nigdy nie odzyskał  browaru przy ul. Klasztornej (po wojnie ul. ks. Ściegennego).  Zaczął tworzyć wszystko od nowa przy ulicy Majkowskiego. Z pomocą przyszła mu rodzina. Jeden z braci  Leona Cieszyńskiego – Marcin miał syna Franciszka, który ożenił się z Jadwigą Szałajdą. Młodym małżonkom Leon sprezentował w prezencie ślubnym wytwórnię wód gazowanych w Skarszewach. Po śmierci Franciszka,  Jadwiga wraz  z synami przeprowadziła się do Kartuz. Syn  Michał był najbardziej zafascynowany pracą w wytwórni. Zamieszkali przy ulicy Majkowskiego obok wytwórni.  Bratanek Michał od 1985 r. stał się pełnoprawnym właścicielem wytwórni przy ulicy Majkowskiego. Rozbudował i przeniósł firmę do nowej siedziby położonej  przy ul. Mickiewicza w Kartuzach.   Nestor rodu - Leon Cieszyński zmarł w Kartuzach 5 października 1987 r.. 

oprac. Barbara Kąkol 

  

Muzeum Kaszubskie im. Franciszka Tredera w Kartuzach powiększyło swoje zbiory o unikatowe artefakty, a to dzięki ponownej hojności Pani Renaty Kiedrowskiej – małżonki kaszubskiego redaktora i wydawcy – Wojciecha Kiedrowskiego.   13 marca 2021  roku za pośrednictwem  Pana Andrzeja Buslera   kartuskie  muzeum otrzymało kilkanaście przedwojennych numerów gazety  „Zrzesz Kaszëbskô”  Wartość tej kolekcji podnosi fakt, że niektóre numery pochodzą z księgozbioru Franciszka Fenikowskiego. Tym bardziej dziękujemy za ogromną życzliwość i okazany gest. 

***

Zrzesz Kaszëbskô było to czasopismo polityczno-kulturalne. Przeznaczone w głównej mierze dla mieszkańców Kaszub. Wydawało tygodniowe dodatki: Checz Kaszëbskô (1933) i Checz (1945-1947). Było inicjatywą powstałego w  1929 r. w Kartuzach Zrzeszenia Regionalnego Kaszubów. Inicjatorami powołania tej organizacji byli młodzi nauczyciele: Aleksander Labuda i Jan Trepczyk. Jedną z inicjatyw  wspomnianych osób było powołanie czasopisma „Zrzesz Kaszëbskô” (1933-1939 i 1945-1947). Z kręgu osób wywodzących się z Zrzeszenia  i zarazem skupionych wokół „Zrzeszë” ukształtowało się środowisko działaczy, którzy przeszli do historii jako Zrzeszińcy. Obok wspomnianych już Labudy i Trepczyka, do grona tego należeli m.in. Jan Rompski, Stefan Bieszk, Feliks Marszałkowski, ks. Franciszek Grucza, Ignacy Szutenberg, Brunon Sobczak.

Redakcja pisma podkreślała  odrębność etniczną i językową Kaszubów, co naraziło je na zarzut separatyzmu narodowego. Te interpretacyjne nadużycia prowadzące ku udowodnieniu o działalności separatystycznej były  przeszkodą  w wydawaniu i kolportowaniu pisma ze strony władz polskich. Redaktorami  naczelnymi pisma byli: A. Labuda (1933-1935), F. Marszałkowski (1936-1939) ojciec Mirosławy Kazany,  B. Richert (1945-1946), I. Szutenberg (1946-1947), E. Kamiński (od 1992).

W pierwszej edycji "Zrzesz Kaszëbskô" ewoluowała od gazety politycznej, pisanej niemal wyłącznie po polsku, do miesięcznika społeczno - kulturalnego, tworzonego w dużej mierze po kaszubsku.

Na łamach Zrzeszy publikowano utwory Jana Patocka (publikował w Przyjaciel Ludu Kaszubskiego), Jana Rompskiego (fragmenty dramatu  Vzenjik Arkonë)  a także  Aleksandra Majkowskiego. Okazjonalnie przedrukowano również materiały etnograficzne  A. Hilferdinga. W periodyku pojawiały się  artykuliki historyczne, legendy, podania i opowiastki bardzo często nie poświadczone autorstwem.  W numerze 9 z 1938 r. odnajdziemy m.in.  recenzję sztuki Franciszka  Tredera pt.  "Wrëje" czy też informację o otwarciu wystawy historyczno-kulturalnej w willi Majkowskiego.

Po II wojnie światowej  wznowiono wydawanie pisma „Zrzesz Kaszëbskô. Pragnienia działaczy kaszubskich zbiegły się z zamierzeniami władzy ludowej, która w powołaniu nowego pisma widziała narzędzie na oddziaływanie na Kaszubów. Tak powstała Zrzesz nawiązując do przedwojennego wydawnictwa. Miało to zapewnić m.in. rozpoznawalność i uwiarygodnić inicjatywę.  W okresie wzmożenia stalinowskich represji w PRL (po 1948) zrzeszyńców zastraszono, a Stefana Bieszka zamknięto na kilka lat (do 1955 r.). J. Trepczykowi i F. Marszałkowskiemu zarzucono działalność separatystyczną. (BK)