Barbara Kąkol

 Stanisław Estkowski, naczelnik Poczty Polskiej w Kartuzach – ofiara pomorskiej „krwawej jesieni” 1939 r.

 

W październiku 2021 r. minie   82. rocznica śmierci Stanisława Estkowskiego, naczelnika Poczty Polskiej w Kartuzach. Jest on jedną z wielu ofiar szalejącego terroru i eksterminacji społeczeństwa polskiego w  pierwszych dniach  września 1939 r..

O historii lat okupacyjnych wiemy dużo. Wciąż jednak nie znamy losów wielu osób, które zginęły w czasie II wojny światowej. Jedną z nich jest  Stanisław Estkowski. Być może przyczyn śmierci naczelnika poczty  należy upatrywać w tym, że urzędnicy pocztowi byli polską elitą, którą należy wyeliminować. W okresie międzywojennym Poczta wyróżniała się także szczególnym etosem służby. Jej pracowników cechowała troska o losy ojczyzny. To przecież pocztowcy jako jedni z pierwszych podjęli walkę z najeźdźcą. Ponadto zgodnie z rozporządzeniem Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 22 marca 1928 r., pracownicy placówek pocztowo-telegraficznych, mieli być na wypadek wybuchu wojny, zmilitaryzowani i podporządkowani dowództwom jednostek wojskowych[1].

Stanisław Estkowski urodził się 10 grudnia 1892 roku w Łążku, w powiecie świeckim (niem. Lonsk). Był synem Jana Nepomucena Estkowskiego i Julianny z domu Skwierawskiej z Wiela[2]. Ojciec Stanisława zajmował się  rymarstwem.  Stanisław Estkowski od 1899 do 1911 r. mieszkał w Lipach w powiecie kościerskim[3]. Wynika z tego, że Estkowscy przeprowadzili się w rodzinne strony Pauliny.  Do elementarnej szkoły podstawowej uczęszczał w Lipach i Zblewie (powiat starogardzki). Po ukończeniu szkoły w 1906 r.,  przed dwa lata przebywał w domu rodzicielskim. Pragnąc zostać kupcem,  rozpoczął naukę w trzyletniej szkole  ludowej  w Chełmnie.  Podjął pracę jako dysponent w jednej z firm kupieckich w Grudziądzu. Po wybuchu I wojny światowej -  25 września 1914 r. został wcielony do armii niemieckiej. Walczył na froncie zachodnim i wschodnim. Był trzy razy ranny. Od 1 stycznia 1919 r. do 6 maja 1919 r. przebywał w szpitalu i kadrze formacji, z której został zwolniony[4].  Wrócił w rodzinne strony.  15 lutego 1920 r. podjął  pracę  jako siła pomocnicza w urzędzie pocztowym w Grudziądzu, który podlegał Dyrekcji Poczt i Telegrafów w Gdańsku[5]. Dlatego też korespondencja Stanisława Estkowskiego kierowana jest do tej dyrekcji. 

  3 listopada 1920 r. zawarł związek małżeński z  Pauliną  Domachowską[6].  Mieli dwoje dzieci, syna Stanisława i córkę Stefanię. Z dokumentów wynika, że były to bliźnięta - oboje przyszli na świat 25 września 1921 r.[7].  

Estkowski, fakt poślubienia Pauliny  zgłosił do Dyrekcji Poczt i Telegrafów w Gdańsku, gdyż   przepisy pocztowe ograniczały  zawieranie związków małżeńskich.  Zapis ten  szczególnie dotyczył kobiet i nieetatowych męskich sił pomocniczych[8]. Zawarcie małżeństwa groziło  nawet utratą pracy.  4 maja 1921 r. w piśmie do Dyrekcji wyjaśniał powód swojej decyzji:

Odnośnie Okólnika Nr ° I/236 z 9 kwietnia 1921 r. w sprawie zawarcia mego związku małżeńskiego oświadczam, że mając kilka lat narzeczoną, a będąc chorym na katar żołądka bez opieki domowej mając lat 28, i ze względów materialnych z konieczności ożeniłem się 3 listopada 1920 r. zawiadamiając o tym miejscowy urząd pocztowy, który mi w tym celu udzielił trzydniowego urlopu. Dalej nadmieniam, że posiadając wstępny egzamin złożony z dobrym wynikiem, prawie roczną praktykę pocztową na mocy rozporządzenia Ministerstwa  spodziewałem się upragnionej nominacji asystenta i na tej podstawie ożeniłem się[9].

Prośbę Estkowskiego poparł kierownik referatu urzędu pocztowego w Grudziądzu, dając do zrozumienia, że zwolnienie siły pomocniczej   spowoduje osłabienie urzędu. Najwyraźniej Dyrekcja przychyliła się do tych próśb, gdyż            24 września 1921 r. Stanisław Estkowski został zaprzysiężony na urzędnika poczty w Grudziądzu[10].

Należy nadmienić, że po odzyskaniu niepodległości w 1918 r., pocztowcy stali się również funkcjonariuszami państwowymi, których powoływano do służby pocztowej po złożeniu przysięgi na równi z żołnierzami zawodowymi i  pracownikami administracji państwowej.   W 1922 r. Stanisław  zapisał się na  kurs pocztowy, który kończył się egzaminem  pocztowo-telegraficznym w Dyrekcji Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy. Ukończył go z  wynikiem  dobrym. Dzięki temu zyskał  awans na upragnionego asystenta pocztowego. Szybko piął się po szczeblach kariery pocztowej. W 1923 r. został sekretarzem pocztowym.

W ramach okręgów dyrekcyjnych organizowana była sieć urzędów i agencji oraz pośrednictw pocztowych. Urzędy stanowiły podstawę sieci placówek pocztowych. Były one podzielone na sześć klas. Klasyfikacja urzędów była uzależniona od zakresu świadczonych usług, rozmiarów eksploatacji, wielkości wpływów za usługi, roli danej placówki w sieci pocztowej, a także od wielkości obsługiwanego ośrodka. Wynikała również z konieczności dostosowania poszczególnych placówek do rozmiarów i natężenia wykonywanych czynności usługowych poczty. W zależności od rodzaju wykonywanych usług dokonano podziału urzędów na: urząd pocztowy, urząd telegraficzny, urząd telefoniczny oraz urząd pocztowo–telegraficzny.

Stanisław Estkowski 1 marca 1924 r. został przeniesiony  do urzędu pocztowego w Lubiczu (obecnie powiat toruński). Pełnił tam,  przez  sześć lat, funkcję naczelnika urzędu pocztowego IV kl.. Na jego prośbę został dopuszczony do konkursu na stanowisko naczelnika poczty w Kartuzach.

29 stycznia 1930 r. został mianowany naczelnikiem tego urzędu[11].  W opinii inspektora L. Pleśniaka

Naczelnik up III kl. Kartuzy Stanisław Estkowski jest urzędnikiem pilnym, dość zdolnym, - ……..[12] służbowych – organizacji i administracji urzędem kieruje dość dobrze,- obowiązki swoje na stanowisku naczelnika up. wykonuje bez zarzutu.  Do podwładnego …..[13] i publiczności odnosi się poprawnie.  Zachowanie się jego  poza służbą jest również bez zarzutu.  Do egzaminu  na stanowisko kierownicze (…) jest dobrze przygotowany i zasługuje na uwzględnienie prośby o dopuszczenie go do tegoż egzaminu[14].

 

Dyrekcja Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy ponownie mianowała Estkowskiego z dniem 28 kwietnia 1932 r. naczelnikiem urzędu pocztowego w Kartuzach  III kl..  Tym samym informowała, iż przejście do wyższego stopnia służbowego, to jest  nadanie kierownictwa  oddziału urzędu II. kl. uzależnia się od złożenia  z pomyślnym wynikiem egzaminu. Trzeba wyjaśnić, że w ramach rozwoju poczty zwrócono  uwagę na odpowiednie przygotowanie pracowników do pracy. Stąd w 1925 r. wprowadzono egzaminy na stanowiska I, II i III kategorii. W 1927 r. ustalono egzaminy, które dawały możliwość zwiększenia wyposażenia.

25 stycznia 1933 r.  Stanisław Estkowski zdał egzamin na stanowisko kierownicze i kontrolne przed Komisją Egzaminacyjną przy Ministerstwie Poczt i Telegrafów.

Stanisław Estkowski był aktywny politycznie. W 1933 r. kandydował z list   Narodowego Bloku Społeczno-Gospodarczego (BBWR)  do Rady Miejskiej w Kartuzach[15].  BBWR - ugrupowanie prorządowe - uzyskała w Kartuzach 51,7% zdobywając 8 mandatów.  Czy Estkowski został radnym? W radzie zasiadło trzech urzędników.

Stanisław Estkowski przeszedł także specjalne wyszkolenie wojskowe techniczne, kurs radiotelegraficzny i łączności.    W celu przygotowania do obsługi łączności wojskowej pracowników cywilnych Poczty Polskiej Telegrafu i Telefonu  powołano w 1935 r. Pocztowe Przysposobienie Wojskowe. Obok zajęć szkoleniowych zarządy okręgowe Pocztowego Przysposobienia Wojskowego oraz  większych placówek pocztowych prowadziły działalność sportową, oświatową i kulturalną[16]

Estkowski wiadomo, że organizował na terenie powiatu kartuskiego ćwiczenia  wojskowe. 6 maja 1934 r. naczelnik wraz z podległymi mu pocztowcami wymaszerowali rano z Kartuz do Ręboszewa, gdzie kształcili się w zakresie obrony. Ponieważ była to niedziela, fakt ten oburzył redakcję pisma religijnego Pielgrzym, która stwierdziła, że pocztowcy nie mogli uczestniczyć we mszy świętej, gdyż w Ręboszewie nie ma kościoła[17]

Poza szkoleniem pocztowców naczelnik  organizował dla pracowników poczty i ich rodzin  spotkania wigilijne. Cieszyły się one ogromną sympatią wśród jego współpracowników. Teresa Śliwińska-Zarucka, córka zastępcy naczelnika Hieronima Śliwińskiego[18], wspominała na łamach Gazety Kartuskiej, że ojciec bardzo je lubił. Pocztowcy na tę okoliczność zebrali się w budynku telekomunikacji (nie istniejącym już dzisiaj), który znajdował się w miejscu obecnego Urzędu Miejskiego w Kartuzach. Były tam biura i mieszkania pocztowców. Między innymi mieszkali tam Buchholzowie. Spotkanie utrwalone zostało na fotografii[19].

11 maja 1938 r. został odznaczony Brązowym Medalem za Długoletnią Służbę[20].

14 września 1938 r. nadano Stanisławowi Estkowskiemu Srebrny Krzyż Zasługi po raz pierwszy za zasługi na polu podniesienia stanu sanitarno-porządkowego. Dekret podpisał prezes Rady Ministrów Felicjan Sławoj-Składkowski[21].

 Najbardziej intrygujący fragment w odniesieniu do Estkowskiego znaleźć można u Stefana Lewandowskiego i Piotra Matusaka w publikacji Pocztowcy i łącznościowcy w walce z okupantem hitlerowskim 1939 - 1945:

Hitlerowskie organizacje usiłowały również wykorzystać do celów wywiadowczych polskie środki łączności, przekazując zaszyfrowane telegramy oraz prowadziły zakodowane rozmowy telefoniczne. W tym procederze starali się im przeszkodzić doręczyciele, naczelnicy, ekspedienci i telegrafiści.  W dekonspirowaniu hitlerowskich siatek wywiadowczych wyróżniali się: doręczyciel Franciszek Wierzba z Tucholi, naczelnik Jan Ochocki z Działdowa, inżynier Marian Gociner z Bydgoszczy, monter Bolesław Doman z Aleksandrowa Kujawskiego, pocztylion Konrad Mlodzik z Chełmna, Franciszek Gutkowski - naczelnik z Chojnic, asystent Florian Barylslo z Gdyni i Stanisław Estkowski - naczelnik poczty w Kartuzach. Większość z nich poległa lub została zamordowana przez Niemców w czasie okupacji[22].

Z drugiej strony, władze polskie pokładały duże nadzieje w łączności pocztowej. Dekret z 1939 r. o współpracy resortu Ministerstwa Poczt i Telegrafów  z Ministerstwem Spraw Wojskowych dawał Dowództwu Łączności uprawnienia do zainstalowania urządzeń pocztowych i pozyskania do ich obsługi między innymi pracowników poczty.  Niestety Ministerstwo Poczt i Telegrafów nie zdążyło  w odpowiednim czasie wydać zarządzeń wykonawczych wynikających z rozporządzenia Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej o mobilizacji powszechnej. Mimo to większość pracowników poczty nie uległa panice ewakuacyjnej i pozostała na miejscu, prawdopodobnie także Stanisław Estkowski. Niemcy zajęli Kartuzy już 4 września. Trzeba pamiętać, że w czasie wojny system łączności wojskowej zawiódł, natomiast cywilna łączność telefoniczna funkcjonowała niemal w każdym mieście do chwili kapitulacji.

W wspomnieniach Stanisławy Grajczyk zamieszkałej przed wojną w Pałubinie  (gmina Stara Kiszewa, pogranicze kaszubsko-kociewskie) odnajdujemy kilka ważnych informacji nie tyle o Stanisławie  Estkowskim co o jego żonie i dzieciach. Matka Stanisławy Grajczyk była siostrą Stanisława Estkowskiego. Prowadziła wraz z mężem sklep w Pałubinie. W czasie drugiej wojny światowej Grajczykowie byli jednymi z pierwszych, których wywłaszczono z  własnego domu. Zabrano im dom, sklep, a  także cały inwentarz żywy; konia, dziesięć świń i trzy krowy. Mogli zamieszkać w innym skromniejszym mieszkaniu.   Paulina, żona naczelnika wraz z dwójką dzieci w wieku 17[23] lat na początku wojny przebywała u krewnych. Problemy aprowizacyjne,  brak środków do życia spowodowały, że Estkowska była w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Grajczykowie, na ile tylko mogli,  pomagali swoim krewnym. Stanisława Grajczyk wraca pamięcią do tych strasznych dni:

Ile to z początku pozabijali! Mojej mamy brat był naczelnikiem poczty w Kartuzach i miał takie jeszcze mniejsze poczty na wioskach pod sobą (…) jego żona miała dwoje dzieci, takich równiaków jak my. Wprost jeść nie mieli co. Jak my z początku świniaka zabilim, to skwarki mama posyłała im, to się cieszyli, że mieli coś do okraszenia (…)[24].

 Grajczykowie przeprowadzili się pod Strzelki. Niestety nic nie wiemy o dalszych losach Pauliny i dwójki dzieci Estkowskich. Należy przypuszczać, że w pierwszych dniach września 1939 r.  rodzina naczelnika Poczty Polskiej w Kartuzach została ewakuowana lub sama na własną rękę opuściła Kartuzy.

Stanisław Estkowski raczej pozostał w Kartuzach.  W czasie mobilizacji ogłoszonej 31 sierpnia 1939 r. pocztowców rezerwistów przydzielano do poszczególnych jednostek operacyjnych Wojska Polskiego.  Ze względu na fachowe przygotowanie i patriotyczne zaangażowanie pocztowcy odegrali szczególną rolę w początkowym okresie okupacji, wypracowując formy łączności. Byli traktowani niezwykle poważnie, gdyż w przededniu II wojny światowej w polskich planach strategicznych coraz większą rolę zaczęła odgrywać łączność jako ważny czynnik koordynacji działań wojskowych.

 Po zajęciu Kartuz przez wojsko niemieckie, Estkowski mógł także, tak jak  prezydent   Bydgoszczy, Leon Barciszewski, ewakuować się a potem powrócić, kiedy dowiedział się o podłych oszczerstwach rzucanych w kierunku jego  osoby.  Niemcy zarzucili mu, podobnie jak Barciszewskiemu,   malwersacje finansowe i kradzież mienia. Barciszewski jako człowiek nadzwyczaj uczciwy, mimo ostrzeżeń przyjaciół wrócił do Bydgoszczy chcąc oczyścić się z podejrzeń. Został aresztowany przez gestapo po zaledwie kilku godzinach od pojawienia się w mieście. Estkowskiego  Niemcy zatrzymali  w pierwszych dniach września  1939 r.. 

Wydaje się jednak mało prawdopodobne, aby Estkowski opuścił miasto.  Pozostał na posterunku do końca. Angażował się w obronę chociażby poprzez swoje członkostwo  w  Powiatowym Komitecie Pożyczki Obrony Przeciwlotniczej w Kartuzach[25].

Wysoko cenił honor osobisty, honor urzędnika państwowego, a zwłaszcza obowiązek społecznej powinności. Wszak ciążyły na nim ważne zadania, obrona Polski. Zresztą w dniu 28 maja 1939 r.   delegaci na zjazd Pocztowego Przysposobienia Wojskowego, w imieniu wszystkich członków (52.000) deklarowali, iż całe swoje życie podporządkują sprawom ogólnonarodowym[26].

Prawdziwym powodem aresztowania Estkowskiego   była jego patriotyczna postawa, działalność społeczno-polityczna  a przede wszystkim skuteczność w rozszyfrowywaniu niemieckich telegramów[27].   Już w 1937 r. pracownicy poczty na Pomorzu wielokrotnie sygnalizowali władzom polskim o nasilających się próbach prowokacji wrogiej niemieckiej propagandy.  Pocztowcy na pograniczu polsko-niemieckim niszczyli przesyłki zawierające wydawnictwa hitlerowskie, niejednokrotnie zapraszające do wstępowania do organizacji paramilitarnych[28]. Jak groźne były to organizacje pokazał wrzesień 1939 r. Na Kaszubach w pierwszych miesiącach niemieckiej okupacji, organizacja paramilitarna Selbstschutz aktywnie uczestniczyła w działaniach eksterminacyjnych wymierzonych w polską inteligencję. Członkowie tej organizacji byli dla Polaków szczególnie niebezpieczni ze względu na doskonałą znajomość lokalnych stosunków i uwarunkowań społecznych. Ponadto działając w szeregach Selbstschutzu, mogli uregulować wiele zadawnionych sąsiedzkich sporów i porachunków, jak również zagarnąć mienie należące do aresztowanych i mordowanych Polaków. Już z początkiem września 1939 r. w Kartuzach rozpoczęły się masowe aresztowania. Jako pierwszych ujęto dwudziestu członków Polskiego Związku Zachodniego, których wskazali Niemcy z miejscowego Selbstschutzu[29].

Pierwsza publiczna egzekucja w Kartuzach została wykonana przez gestapowców na sześciu osobach 14 września 1939 roku w lasku w pobliżu Wzgórza Wolności.  Zginęli z rąk oprawców: Leon Cichosz, Robert Gransicki, Nikodem Klucz (naczelnik stacji PKP), Leon Litwin, Jan Majewski (pracownik sądu), Paweł Nacel i niektóre źródła podają Stanisława Estkowskiego[30] -  jest to  błąd.

 

Stanisław Estkowski z początkiem września 1939 r. został aresztowany przez gestapo w Kartuzach[31]. W pamiętniku Anny Dziewiątkowskiej odnajdujemy informację o naczelniku poczty, który wraz z nią i innymi  przebywał  w więzieniu w Kartuzach.  Wspomina:

Już tej niedzieli  (8 – 10 września) zaczęły się aresztowania. Mogliśmy to dobrze obserwować, bo niedaleko dworca i głównej ulicy chodzili tylko cywile z opaską swastyki i niemiecki żołnierz. Byłam, widziałam jak na Rynku koło kościoła zakatrupili polskiego policjanta. To ludność, kobiety wejherowskie, wytykały mu. „A ty gnoju, to a to, żeś nam zrobił”. Jak nieborak podniósł się z ziemi to go kopali, bili i pokrwawiony upadał znowu. (…)  Bo już w szkole było pełno aresztowanych Polaków. I chcieli podać żywność tym biednym aresztowanym.

(…) Jednak, gdy więzienie było pełne, tak wszyscy zostali wywiezieni. Około 400 mieściło się w celach, na dole 5 cel, a u góry chyba 6. W każdej celi od dwóch do czterech łóżek, reszta musiała stać lub na ziemi leżeć. W pierwszych dniach wywozili około 1200 i w otwartych samochodach. Ze znanych był  Cyganek, starszy pan, ksiądz z Przodkowa, Roszkowski (dom własny Kościuszki), Estkowski (podkr. B.K) naczelnik poczty, Turzyński nauczyciel, dr Remelski, Grandzicki nauczyciel, dużo twarzy znajomych. (…) Wieczorka  i jeszcze dużo innych, wywieźli. Mówiono, że do Borkowa. Już teraz autobusem, który należał do Leona Kruszyńskiego Niemcy wywozili więźniów – okna zawieszone firanami i tak 3 razy dziennie pełen autobus co pół godziny obracał. I tak przez tydzień. I tak liczę 100 osób na raz zabrali 3 razy czyli 300 osób dziennie to 900 osób, uważam około 2500 do 3000 wywieźli przez tydzień. Tydzień tak więzienie 3 razy było puste[32].

 

Z więzienia kartuskiego, aresztowanych  wywożono do obozu w Borowie[33], stamtąd trafiali do Stutthofu lub byli mordowani w masowych egzekucjach w lesie kaliskim.   Koleje życia Stanisława Estkowskiego były nieco inne. W obozie w Borowie przebywał do końca października. Los, jaki czekał tam osadzonych był różnorodny. Stanisław Estkowski poddawany był ciągłym przesłuchaniom i  torturom. Więźniów zmuszano także do pracy w okolicznych gospodarstwach. To właśnie od współwięźniów wracających z pracy z majątku Małkowo koło Żukowa, oraz naocznego świadka znany jest nam  los naczelnika kartuskiej poczty.

Według jednej z zachowanych  relacji, Stanisława Estkowskiego powieszono za ręce, najpierw przestrzelono mu dłonie, kolana, kostki u nóg, a potem zawołano dra Ramelskiego, aby zaopatrzył mu rany. Tak zamęczonego zrzucono  na podłogę. Ktoś w zielonym mundurze i z zieloną opaską strzelił Estkowskiemu z karabinu Mauser 98 w głowę i ruchem nogi wrzucił do  uprzednio wykopanego dołu[34]. Jednak w protokole z  ekshumacji o czym poniżej,  nie ma zapisu o  przestrzeleniu czaszki.

W obozie w Borowie wraz z Stanisławem Estkowskim więziono kilku innych mieszkańców Kartuz,  między innymi doktora Ramelskiego, Wieczorkiewicza[35], Jankowskiego z ulicy Parkowej. Te informacje znajdują odzwierciedlenie w dokumentach archiwalnych.  Z nich też dowiadujemy się, że odnaleziono pojedynczy grób  naczelnika poczty w Kartuzach, którego  zamordowano  przypuszczalnie w dniu 29 X 1939 r. w miejscowości  Borowo przy jeziorze Karlikowskim,  na posiadłości  Franciszki Formelowej.

 Józefat Jankowski, kupiec,  przeżył wojnę. Mieszkał w Kartuzach przy ulicy  Parkowej  nr 5[36]. Wywiad z nim przeprowadził Tadeusz Kur, który ukazał się na łamach czasopisma Perspektywy.

Józefat Jankowski, więziony   w obozie w Borowie, wspominał, że Estkowski   był  potwornie bity przez dwóch gestapowców z Gdańska. Znęcano się nad nim stosując okropne metody śledcze.  Wiązano go do pryczy za ręce i nogi. Następnie członkowie Selbstschutz wynieśli go wraz z pryczą na drugi koniec obozu, skąd  było słychać strzały[37]. Tam też nad brzegiem jeziora Karlikowskiego jego ciało zostało zakopane (pochowane)[38]. Józefat Jankowski wyjaśniał także przyczyny śmierci Estkowskiego. W obiegowej opinii podawanej przez Niemców  w obozie,  naczelnik poczty polskiej w Kartuzach ukradł kasę pocztową. Jak może być ambiwalentna historia można się przekonać chociażby na przykładzie naczelnika poczty, który nie zdefraudował,  a sprzeciwił się wydania okupantom mienia państwowego Rzeczypospolitej Polskiej. Tuż przed wybuchem wojny w 1939 r.  Stanisław Estkowski zdążył wywieźć polskie pieniądze znajdujące się na poczcie. Niestety nie udało mi się ustalić jaka była to suma[39].  Podobne poświęcenie w służbie pocztowej w tragicznych dniach września wykazał naczelnik Urzędu Pocztowego Warszawa 28, który otrzymał polecenie przewiezienia do Lublina w zaplombowanych workach większej sumy pieniędzy.

 W  dniu, w którym  zastrzelono Estkowskiego zabito także dziewięciu oficerów Wojska Polskiego. Na polecenie Niemców wykopali oni  dwa doły, jeden dla Estkowskiego, drugi o czym się mieli za chwilę  przekonać dla siebie.  Inni więźniowie obozu, którzy wracali  z pracy w Małkowie, zauważyli na terenie obozu dwa groby zasypane ziemią[40].  Po wojnie groby zostały odkopane, zwłoki ekshumowane i pochowane na cmentarzu w Kartuzach. W skład komisji ekshumacyjnej wchodzili przedstawiciele Sądu Okręgowego w Gdańsku, lekarz powiatowy, przedstawiciel oddziału PCK oraz przedstawiciel Starostwa Powiatowego w Kartuzach.  

        

 

W Oddziałowym Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku znajdują się dokumenty sporządzone przez Okręgową Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Gdańsku. W protokole   z oględzin zwłok zamordowanych przez Niemców nad jeziorem Karlikowo koło wsi Borowo, z 13 listopada 1946 r.. czytamy:


Nad jeziorem Karlikowym w odległości 3 m od brzegu odkopano grób na głębokości 1,1/2 m. W grobie tym stwierdzono zwłoki ludzkie w stanie daleko posuniętym rozkładzie pochowane bez trumny. W czasie okupacji zwłoki wydawano fragmentami i w całości wydobyto tylko tułów. Oględziny czaszki wykazały, że cała pokrywa czaszki jest rozbita na kilkanaście drobnych fragmentów. Uzębienie zwłok dobrze utrzymane, zęby dolnej szczęki drobne gęste bez zmian chorobliwych, śladów leczenia, w górnej szczęce po stronie lewej brak drugiego siekacza górnego. Po stronie prawej na drugim siekaczu żelazna złota korona. Na skórze, która resztkami pokrywa twarz wyraźnie widać zarost męski. W okolicy części płciowej stwierdza się narządy męskie płciowe. Przybliżona długość zwłok wynosi 170 cm . Ze względu na daleko posunięty rozkład innych bliższych cech tożsamości ustalić się nie dało. Dowody rzeczowe znalezione przy zwłokach są następujące:


  1. Kawałki płaszcza sukiennego przypominającego płaszcz funkcjonariuszy pocztowych polskich z roku 1939.
  2. Buty z krótkimi cholewkami sznurowane, brązowe zamiast sznurowadeł wąskie rzemyki.
    3. Pasek do spodni wąski długi zawinięty w rolkę
    4.  Wieczne pióro firmy ,, Ibys’’ z złotą stalówką
  3. Szklana cygarniczka
    6. Legitymacja oprawiona w czarną skórkę (tekstu w całości odczytać nie można), fragmenty tekstu zgadzają się z układem legitymacji pocztowców polskich z roku 1939
    7. Portmonetka skórzana zamykana na zameczek, w której znaleziono monety polskie pięciu  groszówki, dwa guziki na sznurku z wyglądu od teczki lub walizki i obrączkę. Na wewnętrznej stronie litery P.D. 4.4.90.  Litery i cyfry z trudem daje się odczytać.

Obecny przy ekshumacji zwłok syn byłego Obwodowego Naczelnika Urzędu Pocztowego w Kartuzach Estkowskiego Stanisława na podstawie dowodów rzeczowych znalezionych przy zwłokach, przypuszcza że są to zwłoki jego ojca zamordowanego przez Niemców w roku 1939.

         Dowody rzeczowe przedstawił Stanisławowi Estkowskiemu – synowi,  Komendant Posterunku Powiatowej Komendy Milicji Obywatelskiej  sierż. Ossowski.   Wyjęty jeden ząb z górnej szczęki z złotą koroną poddany został badaniu dentystycznemu. Oględzin zwłok dokonał powiatowy lekarz dr Miaszkowki[41].
           15 listopada 1946 roku odbył się w Kartuzach uroczysty  pogrzeb byłego naczelnika poczty śp. Stanisława Estkowskiego. Na uroczystości pogrzebowe  przybyły liczne delegacje z okolicznych urzędów, organizacji społecznych oraz mieszkańcy Kartuz.

Nad grobem przemawiali dyrektor Tomasik z Dyrekcji Okręgowej Poczty i Telekomunikacji, a jako ostatni pożegnał go  naczelnik poczty, Stanisław Smagłowski, dzięki którego zaangażowaniu udało się odnaleźć miejsce pochówku Stanisława Estkowskiego[42].  Niestety w księgach cmentarnych  nie ma żadnych informacji o Stanisławie Estkowskim. Należy przypuszczać, że jego ciało zostało pochowane na kartuskim, górnym cmentarzu w zbiorowej mogile, w której znajduje się ponad 300 osób pomordowanych w drugiej wojnie światowej z terenu powiatu kartuskiego. W 1947 r. społeczność kartuska ufundowała  pomnik i płytę nagrobkową  z napisem: 1939-1945 – w hołdzie pomordowanym bohaterom Kartuz i powiatu. Umieszczono tam także dodatkową płytę z 34 nazwiskami znanych imiennie ofiar,  w tym Estkowskiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Aneks

Protokół przesłuchania świadka

 

Źródło:  AIPN Gdańsk, Akta w sprawie oskarżenia Alberta Forstera, tom X, sygn. GK 196/225 ss. 6 – 8

 

Dnia 14.02.1947 w Kartuzach przewodniczący składu w Gdańsku – Oliwie sędzia A. Zacharasiewicz na podst. art.4 dekretu z dnia 10 listopada 1946 przesłuchania niżej wymienionego w charakterze świadka, który zeznał co następuje:

         Józef Jankowski, 49 lat, imiona rodziców Kazimierz i Jadwiga, kupiec zam. Parkowa, Nr 4

         „W momencie wkroczenia okupanta niemieckiego do Kartuz, znajdowałem się w Gdyni, skąd powróciłem 17 IX 1939 r. Wtedy dowiedziałem się, że kilkadziesiąt osób spośród miejscowej inteligencji aresztowano a w tej licznie burmistrz Feliks Lewiński. Dnia 6 X 1939 r. w godzinach przedpołudniowych zostałem  zabrany z mieszkania przez żandarma i zawieziony samochodem do więzienia. W tym dniu zgromadzono nas dwudziestu czterech Polaków spośród miejscowej inteligencji i kupiectwa zamożniejszego. Aresztowani byli to przeważnie członkowie organizacji społecznych. Żadnemu z nas nie wskazano jaki powód. Dnia następnego po aresztowaniu, przewieziono nas samochodami do Borowa, gm. Żukowo, pow. kartuski,  gdzie umieszczono nas w schronisku P.WiW.F. Ulokowano nas tam w jednej sali zasłanej słomą.
Śniadanie składało się z 1 l. czarnej niesłodzonej kawy z kawałkiem chleba, obiad zaś i kolacja około 1 l. zupy bezwartościowej z soczewicy  (…).

Następny transport przybył tam po upływie około 2 tyg. Byli to inteligenci z miasta i okolicy. W ich liczbie znajdował się miejscowy … Kajetan Józefowicz, ówczesny notariusz? Po upływie około tygodnia „wybrano” resztę liczny 18 lub 19 osób i odwieziono samochodem bez walizek w kierunku Kartuz. Wyboru dokonywali przyjezdni gestapowcy, mówiący dialektem gdańskim. Oni to oświadczyli wybranym, że zabierają ich do sądu w Kartuzach na przesłuchanie. Dnia następnego, a raczej już tego samego dozorujący nas Selbschutz dzielił się rzeczami wywiezionych pozostałych w walizkach. W kilka dni później mówiło się nam, iż mamy szczęście, żeśmy pozostali na miejscu, bo nie wraca się już stamtąd, dokąd wywieziono współtowarzyszy niedoli.

W grupie tak wywiezionych znajdowali się:

  1. Stefan Skoracki, dentysta
  2. Józef Dzięcioł, kier. szkoły
  3. Feliks Wieczorek, drogerzysta
  4. Franciszek Kuczkowski, rzeźnik
  5. Feliks Drążkowski, sekr. Wydz. Pow.
  6. Czesław Ćwikliński, kasjer Urzędu Służbowego
  7. Józef Sienkiewicz
  8. Feliks Ritter, rejestrator
  9. Jan Jakusz-Gostomski kupiec i inni, których nazwisk w tej chwili nie przypominam sobie.

Przed tą wywózką pastwiono się w sposób szczególnie nad Mieczysławem? Estkowskim naczelnikiem Urzędu Pocztowego. Zaznaczono nam, że skradł kasę pocztową”. Jego to uwiązanego do pryczy za ręce i nogi bili dwaj gestapowcy gdańscy. Obecny był przy tym dr Franciszek Remelski obecnie zamieszkały Szczecin Ośrodek Zdrowia. On to musiał dawać bitemu zastrzyki na wzmocnienie oraz opatrywać rany. Gdy Estkowski był kompletnie zbity wynieśli pryczę przykrytego kocem na drugi koniec…[43] [obozu -  przyp. B.K], skąd następnie odgłos strzału usłyszałem.

Jesienią 1946 r. zwłoki Estkowskiego ekshumowano sądownie. Miejsce wskazałem, bowiem za świeże widziałem ślady kopania. Na przełomie października/ listopada 1939 r. przybyło do nas dokładnie czterystu polskich żołnierzy w mundurach. Ja byłem wyznaczony dla nich tłumaczem. Po około 10–ciu dniach pobytu żołnierzy, w tym obozie, polecono mi, bym zapowiedział jeńcom, aby zgłosili się Żydzi. Tych zgłosiło się 16. Odwieziono ich samochodem do lasku odległego ok. 500 do 700 metrów od naszego obozu. Niebawem powoli dochodziły z lasku odgłosy pojedynczych strzałów. Po upływie około godziny samochód powrócił z lasku. Eskorta, którą stanowili gestapowcy gdańscy, wyrwała mi mundury ofiar, które następnie rozdzieliłem pomiędzy pozostałych jeńców. Miejsce pogrzebania tych 16 jeńców ustalił Stefan Ptach właściciel lasku. Ekshumacji nie było. W pierwszych dniach listopada 1939 r. przywieziono do obozu około sześciu więźniów w tej liczbie karczmarza z Kameli, gm. Goręczyno pow. kart., który był inwalidą wojennym. Nazwiska jego nie pamiętam. Ich wywieziono po upływie kilku godzin do tego lasku co i tych 16-tu jeńców, skąd niebawem poczęły dochodzić odgłosy wystrzałów. Pogrzebano ich w mogile, gdzie leżą wspomniani   jeńcy. Tak nam osobom cywilnym, jako też i jeńcom wojennym, odebrano wszystkie wartościowe rzeczy. Po 20.11.1939 r. jeńców wojennych wywieziono.

Tak ….[44]  do Torunia.

Dnia 24.11.1939 nas pozostałych przy życiu więźniów cywilnych w liczbie 3, tj. prócz mnie dr Remelskiego i Borawskiego obecnie pracownika Starostwa Powiatowego  wypuszczono na wolność i z tym dniem obóz w Borowie przestał istnieć. W czasie trwania obozu kilkukrotnie różne grupy były kierowane do różnych więzień i obozów. Z tej liczby umiem wskazać żyjących obecnie:

  1. Macha z Kamienicy Szlacheckiej, gm. Stężyca, pow. kartuskiego
  2. Telesfora Szawelskiego zam. pow. Spółdzielnia Rolniczo – Handlowa

Zeznałem wszystko. Z  rozmów ze wspomnianymi jeńcami dowiedziałem się, że wzięci zostali do niewoli w Warszawie.

O dalszym losie jeńców, nie miałem wiadomości. Nazwisk ich nie pamiętam. Odesłano!

  1. Jankowski

                                                                           Sędzia Zacharasiewicz

 

 

[1] Ten zapis był szczególnie ważny w przypadku obrony Poczty Polskiej w Gdańsku w 1939 r.  Większość pracowników (obrońców) Poczty Polskiej w Gdańsku pochodziła z Kaszub i Pomorza – Alfons Flyskowki, Franciszek Mionskowski, Władysław Mielewczyk, Franciszek Mielewczyk i inni. Z obrońców poczty przeżyli Andrzej Górski, Augustyn Młyński, Franciszek Mielewczyk i Władysław Mielewczyk. Ten ostatni był dziadkiem Ryszarda Mielewczyka, przewodniczącego Towarzystwa Przyjaciół Muzeum Kaszubskiego im. F. Brzezińskiego. 

[2]https://www.geni.com/search?names=estkowski&page=2&search_advanced=open&search_events=closed&search_extended=closed&search_type=people, (dostęp 14.10.2019)

[3] Archiwum Państwowe w Bydgoszczy (APB), Akta Dyrekcji  Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy z lat 1926-1939, sygn. 46

[4] Tamże

[5] Z istniejących  na początku 1921 r. ośmiu dyrekcji poczt i telegrafów w Warszawie, Lublinie, Wilnie, Krakowie, Lwowie, Poznaniu, Bydgoszczy i na Pomorze w Gdańsku, ta  ostatnia została zlikwidowana 1.10.1921 r.. Okręg pomorski przydzielono do Dyrekcji w Bydgoszczy.

[6] Archiwum Parafialne parafii WNPM  w Kartuzach, księga Liber Mortuorum 1946-1982

[7] APB, Akta Dyrekcji  Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy z lat 1926-1939, wykaz stanu służby,  sygn. 46

[8] XX Dwadzieścia lat poczty i telekomunikacji w Polsce niepodległej, Warszawa 1939, s. 42. Jak różne  było traktowanie  niektórych kategorii pracowników może świadczyć fakt, że dopiero rozporządzenie Ministra  z 29.11.1927 r. uchylało ograniczenie dotyczące zawieranie związków małżeńskich.

[9] APB, Akta Dyrekcji  Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy z lat 1926-1939, wykaz stanu służby,  sygn. 46

[10]  Tamże.

[11] Tamże.

[12] Odczyt nieczytelny

[13] Odczyt nieczytelny

[14] APB, Akta Dyrekcji Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy z lat 1926-1939, sygn. 46

[15] Narodowy Blok Gospodarczo-Społeczny do społeczeństwa pomorskiego! „Dziennik Bydgoski” Rok IV, nr 24 9, 29 października 1933, s. 3

[16] Stefan Lewandowski, Piotr Matusak, Pocztowcy i łącznościowcy w walce z okupantem hitlerowskim 1939 – 1945, Siedlce 1996, s.9

[17] Pielgrzym pismo religijne dla ludu, R. 6, nr 56 z 10 maja 1934 r., s. 3

[18] Hieronim Śliwiński  urodził się 25.09.1907 r. Został aresztowany przez gestapo we wrześniu 1939 r.. Więziony w barakach w Borowie, zginał w masowej egzekucji w Kaliskach pod koniec października 1939 r. AIPN Gd sygn.. 39/8/1, s. 395

[19] Alina Kistowska, Świąteczne wspomnienie. Z kolędą u kartuskich pocztowców w 1938 r. „Gazeta Kartuska”, nr 1, 1997, s. 10

[20] APB, Akta Dyrekcji Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy z lat 1926-1939, sygn. 46

[21] Felicjan Sławoj-Składkowski  zasłynął z upowszechniania na wsi najprostszych toalet – nazwanych na jego „cześć” sławojkami. Chodzi oczywiście o małe drewniane wychodki - budki, które na polskiej wsi 90 lat temu jeszcze było rzadkością.

 

[22] S. Lewandowski, P. Matusak, dz. cyt., Siedlce 1996, s. 20

[23] Z dokumentów archiwalnych wynika, że dzieci Estkowskiego w dniu wybuchu II wojny światowej miały niespełna 18 lat.

[24] Roland Borchers, Katarzyna Madoń-Mitzner, Wojna na Kaszubach. Pamięć polskich i niemieckich świadków, Gdańsk 2014, s. 205

[25]  Gazeta Kartuska bezpartyjne pismo katolicko-polskie dla powiatu kartuskiego R.18, nr 48 z 22 kwietnia 1939 r.

[26] S. Lewandowski, P. Matusak, dz. cyt., Siedlce 1996, s 9

[27] Patriotyczna postawa i obrona interesów państwa polskiego przez pocztowców pomorskich spowodowała liczne akty zemsty, których ofiarą padli najbardziej zaangażowani pocztowcy. We wrześniu 1939 roku hitlerowcy aresztowali pracowników placówek pocztowo-telegraficznych z Gdańska, Gdyni, Wejherowa, Stargardu, Tucholi, Kartuz, Kościerzyny, Bydgoszczy, Chełmna, Grudziądza, Chojnic, Świecia, Inowrocławia, Włocławka, Nakła, Nowego Miasta Lubawskiego oraz wiele innych miast Pomorza. Por. S. Lewandowski, P. Matusak, dz. cyt., Siedlce 1996, s 20

[28] Akcje te nie odnosiły wielkiego skutku, do  organizacji paramilitarnej Selbschutz należeli przede wszystkim etniczni Niemcy – Volksdeutsche.

[29] M.Wardzyńska, Był rok 1939. Operacja niemieckiej policji bezpieczeństwa w Polsce. Warszawa 2009, s. 107

[30] B. Hajduk, Kartuzy i powiat w latach 1939-1945 [w] Dzieje Kartuz, t. II, Kartuzy, 2001, s. 164. Być może autor podał informację tą  za dokumentami archiwalnymi znajdującymi się w Oddziałowym Archiwum IPN w Gdańsku. Wykaz osób narodowości polskiej, które przez okupanta niemieckiego w latach 1939-1945 zostały pozbawione życia, zesłane do obozów koncentracyjnych itp., wywiezione do pracy przymusowej lub w związku z wycofaniem na terenie powiatu kartuskiego, sygn.. IPN Gk 172/9, s.176. Natomiast w innym zespole akt o sygn.. IPN Gd 39/16 są już prawidłowe informacje dotyczące zamordowania Estkowskiego w miejscowości Borowo w pobliżu jeziora Karlikowo

[31] Oddziałowe Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku, akta sygn. IPN Gd 39/8/1, s.395

[32] Pamiętnik Anny Dziewiątkowskiej, muzealia artystyczno-historyczne, sygn. AH 277 MKK

[33] Obóz dla internowanych w Borowie  założono  tuż po zajęciu Kartuz przez 207 dywizję Wermachtu gen. Karla von Thiedemana 4 września 1939 roku. Na początku mieścił się w Kartuzach w budynkach przy ul. Przy Wodociągach. Umieszczono w nim osoby cywilne i wojskowe z Kartuz i okolic. Obóz przemieszczono do Borowa między 15 a 20 września. Ulokowano go w byłym obozie Przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego, nazywanego „Stanicą Harcerską” a następnie rozbudowano o kolejne baraki, ogrodzenie i punkty obserwacyjne dla strażników. Decyzją władz placówki internowane osoby były zwalniane, zabijane lub przekierowywane do innych obozów, między innymi w Stutthofie, czy też do Dzierżążna, gdzie ostatecznie przeniesiono obóz z Borowa.  Wielu zostało zamordowanych na terenie samego obozu. Tak było w przypadku Estkowskiego.

[34] Brunon Dompke, Śmierć byłego naczelnika poczty w Kartuzach, „Głos Kaszub”, 27-28 maja 1995 r.

[35] Wieczorkiewicz – być może  chodzi o Feliksa Wieczorka zamordowanego w lesie kaliskim.

[36] AIPN Gdańsk, Ankiety. Egzekucje ludności polskiej w latach 1939-1945 w powiatach Elbląg, Gdańsk, Gdynia, Kartuzy, Kościerzyna,  sygn. IPN Gd 39/8 s.190

[37] Tadeusz Kur, Fotografie zrobione przez kata, „Perspektywy”, s. 32, brak numeru i roku

[38] AIPN Gdańsk, Ankiety dot. Prześladowania i eksterminacji inteligencji polskiej oraz więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych i więzień z lat 1939-1945 pochodzących z województwa gdańskiego,  sygn.. IPN Gd 39/16, s. 82

[39] Eugeniusz Niziński, Śmierć naczelnika kartuskiej poczty, „Express kaszubski”, brak daty i numeru gazety z końca sierpnia 2004 r., s. 8

[40] Archiwum Muzeum Kaszubskiego w Kartuzach (AMK). Akta personalne, Stanisław Estkowski  sygn. Z.113/5

[41] AIPN Gdańsk, Protokoły oględzin zwłok Polaków zamordowanych przez Niemców we wsi Zawory pow. Kartuzy, nad jeziorem Karlikowo koło wsi Borowo pow. Kartuzy oraz w lesie koło wsi Kiełpino pow. Kartuzy,  sygn. IPN Gd 43/48/1. Por. Józef Matynia, Na szlakach walki i męczeństwa województwa gdańskiego w latach 1939-1945, Gdynia 1967,  s. 81

[42] Eugeniusz Niziński, Śmierć naczelnika kartuskiej poczty, „Express kaszubski”, brak daty i numeru gazety z końca sierpnia 2004 r., s. 8

 

[43] Fragment tekstu nieczytelny

[44] Fragment tekstu  nieczytelny

Żniwa na Kaszubach, to czas  urodzaju,  święta plonów i obrzędowości osadzonej w porach roku. Okres żniw w tradycji ludowej rozpoczynał się na św. Magdalenę – 22 lipca,   a kończył 24 sierpnia. Jednak bardzo często  starano się zebrać zboże już przed  15 sierpnia, tak, aby w święto Matki Boskiej Zielnej móc zorganizować święto plonów - dożynki. Sprzyjało temu przysłowie Na Wniebowzięcie pokończone żęcie.  Na Kaszubach przestrzegano tradycji przodków. Pierwsze ścięcie zboża odbywało się bardzo uroczyście w dni maryjne tzn. w  środę lub sobotę. Gdy przystępowano  do ścinania zboża, zawsze rozpoczynał przodownik, zaś ostatni w szeregu, wedle starego obyczaju, powinien kroczyć gospodarz, który ścinał  ostatnie kłosy. Gdzieniegdzie pierwszy snop trafiał do chaty, miał on chronić domostwo przed zarazami.

 A tak opisuje rozpoczęcie żniw  wybitny pisarz kaszubski Jan Patock. Artykuł ukazał się  w czasopiśmie Gryf Kaszubski w 1932.. Czytamy w nim:

 Wieśniakom nie jest też wcale obojętny dzień, w którym rozpoczynają żniwa. Nigdy bowiem żaden gbur nie zacznie kosić w piątek, gdyż lud zwykł mówić: „W piątek to zły początek". Nawet poniedziałek i czwartek nie są odpowiedniemi dniami; do rozpoczęcia żniw nadawają się jedynie dni, poświęcone Najświętszej Marji Pannie, to jest środa i sobota. Wystarczy w sobotę tylko małą część skosić i związać, to w poniedziałek można rozpocząć właściwa pracę. Początek żniw zazwyczaj rozpoczyna się uroczystością kościelną. A kosiarze starannie przygotowują się do tej pracy. Jest zwyczajem, że każdy robotnik przedtem się kąpie i przywdziewa czystą bieliznę. Kosy ozdabia się kolorowemi wstążeczkami, a na kapeluszach umieszcza się wiązanki świeżych kwiatów. Raniutko w sobotę wszyscy kosiarze idą do kościoła, gdzie gospodarz już zamówił nabożeństwo, by uprosić błogosławieństwo Boże dla żniw. Kosiarze zostawiają swoje kosy na cmentarzu przed kościołem i modlą się nabożnie.

Obrzędowość żniwna zaczynała się zwykle od inicjacji  młodych kosiarzy.  Na niewielkim fragmencie świeżo zżętego zboża, starzy kosiarze ustawiali trójnóg ze strychulców ( strychulec – deszczułka albo wałek do wyrównywania miary zboża lub wygładzania powierzchni cegły w czasie jej formowania)   i nakazywali na nim siadać chłopcom, którzy pierwszy raz z kosą stanęli do pracy w żniwa.

Naturalnie siedzenie na takim trójnogu było bardzo bolesne, a trwało dość długo, do momentu, gdy jeden ze starszych kosiarzy przyniósł  wiadro wody z bliskiego strumienia czy stawu,  przy czym celowo przewracał się z wodą ze dwa razy aby  przedłużyć  egzamin.  Gdy przyniesioną wodą orzeźwił  wyzwalanego,  ten był   już bliski omdlenia.

 Po tych czynnościach następował  egzamin z budowy kosy.  Wyzwalany kosiarz musiał wyliczyć wszystkie części kosy jak: : kosa, kosisko, pierścienie, strychułek lub kamień i drewniany garnek z wodą, babka, młotek, klin, rączka, gwóźdź, ucho skórzane. sPrzystrojony w wstążki młody kosiarz, wykupiwszy się piwnym poczęstunkiem, mógł wkroczyć w kosiarski szereg. Kosiarze ruszali w pole śpiewając pieśni kościelne. Następnie zdejmowali kapelusze  i wołali do siebie: „Daj Boże, aby się dobrze rżnęło!"

Wspomniany pisarz Jan Patock podaje:

- Gbur, jako właściciel pola, zaczyna pierwszy kosić, gdyż zupełnie nie jest obojętnem, kto pierwszy zaczyna żniwo, od tego bowiem zależy pomyślność zbiorów.  Jeżeli niegodny zetnie pierwsze kłosy, podczas żniw zdarzy się nieszczęśliwy wypadek. Pierwsze ścięte kłosy ścina się i kładzie na krzyż; kilka z nich rzuca się w zboże, jako ofiarę „żytniej matce". Jeżeli w pobliżu jest Boża-męka (krzyż), to i tam umieszcza się kilka kłosów, aby ukrzyżowany Jezus Chrystus użyczył żniwiarzom błogosławieństwa. Uroczyste ścięcie pierwszych kłosów ma być oznaką dobrych żniw w ogóle. Z tem łączą się pewne praktyki. Kosiarze przyczepiają sobie pierwsze kłosy do kapelusza i w ten sposób są uchronieni od boleści krzyża przy koszeniu. Wieśniak przechowuje kłosy w domu za lustrem, co mu daje szczęście przez cały rok w gospodarstwie. Po uroczystem ścięciu pierwszych kłosów kosiarze ostrzą swoje kosy i zaczynają ciężką pracę. Przez długie dni dźwięczą kosy monotonnie w zbożu, aż nareszcie i ostatnie pole jest skończone. Jak pierwsze, tak i ostatnie kłosy ścina się uroczyście.

Podczas żniw, żniwiarze organizowali zasadzki na gospodarza, gospodynię i ich dzieci, w ten sposób, że przewiązywano im przez ramię wstążki z kłosami. Oczywiście gospodarze musieli się wykupić.  

Po skoszeniu zboża i ustawieniu go w rzędy (owies) i kopki (żyto) zwożono je wozami drabiniastymi do stodoły. Budując kopy na polu, można było zbudzić oprzepółnicę, życzliwą zjawę żeńskiego rodzaju. Na biało ubrana, zachęcała żniwiarzy do pracy. Budziła ich ze snu po poobiednim wypoczynku, a ukazywała się tylko w samo południe.

Ostatni snop zboża zwanym był bękartem i wiązano go z resztek zgrabionego zboża. Szczególnie młode dziewczyny – żniwiarki  nie chciały go (nie tylko ze względu na nazwę) wiązać. Z pomocą im przychodziły zamężne kobiety. Dawnie, za związanie ostatniego snopa żniwiarka otrzymywała  od gbura miskę mąki i bochen chleba.  Snop – „bękart”  jechał na samym szczycie ostatniej fury lub niosła go żniwiarka, która go wiązała. Furmana lub żniwiarkę a także ostatnie osoby schodzące z pola oblewano wodą. Na koniec  żniw wyprawiano bęks - bãks. Gospodynie  miały wówczas  przygotowany specjalny poczęstunek.

Tam, gdzie òżniwinë   nie przewidywały zabawy  z „bękartem”, obrzęd kończył się koziołkiem i wieńcem.  Ostatni pokos  na polu nazywano „kozą’’.  Koziołka wykonywano  z ostatnich kłosów uwitych w pęczki i razem z wieńcem  wręczano  gospodarzowi. Obyczaj  nakazywał, aby koziołka postawić na stole, zaś wieniec powiesić u sufitu izby, w której musiało  się przy tej okazji odbyć nowe wykupne. Naturalnie była  to tylko przygrywka do późniejszych dożynek, zwanych też na Kaszubach „wieńcowym’’ zaś dalej na południu Pomorza – „okrężnym”.

Istniał zwyczaj (Puzdrowo) podrzucania w górę dziewczyn, które po raz pierwszy grabiły zboże, w zamian za co musiały się wykupić. Natomiast kosiarz kończący koszenie plótł krutkã  na kosę.

Przygotowanie stodoły na przyjęcie świeżego zboża było niegdyś wielkim rytuałem. Wymiatano ją do czysta, a potem  układano liście klonowe, które miały chronić przed złem. Oprócz tego gospodyni miała za zadanie całą stodołę wykropić wodą święconą. Pierwszą furę zboża witał sam gospodarz w odświętnym ubraniu. Gdy fura wjechała do stodoły, pierwsze cztery snopki zdejmował z niej osobiście gospodarz, układając je na znak krzyża. Pod nie układano wianuszek poświęcony, a wykonany z ziół i kłosów zbóż.

Po zakończeniu prac żniwnych odbywały się dożynki. Dawniej wieniec wykonywano z ostatniego zżętego zboża. Pierwotnie wieniec wykonany był jako korona na głowę. Z biegiem czasu rozrósł się do obecnych rozmiarów. Przystrajano go kwiatami polnymi, ziołami, lnem, konopiami, sitowiem, leszczyną. Zwieńczał go gołąb z ziaren dyni. Kształt wieńca miał także swoją symbolikę. Koło był początkiem i końcem, zamknięciem, pełnią.  Przy tym śpiewano pieśń: Plon niesiemy, plon, w gospodarza dom. Dożynki rozpoczynały się paradnym przejściem wraz z wieńcem do kościoła. Potem następowała zabawa,  śpiew i tańce.

Ukształtowanie na Pomorzu  gospodarki folwarcznej spowodowało, że chłopi małorolni byli najmowani  do dworu, do prac żniwnych. Zwyczaje dożynkowe były bardzo podobne z tą różnicą, że odbywały się w folwarku. Fury zboża zwożono do stodoły. Ostatnia nazywała się baba, która uroczyście objeżdżała wokół dwór. Następnie furman szybko umykał do stodoły, aby uniknąć polania wodą przez parobków. Dożynki po nabożeństwie w kościele kontynuowano u właścicieli folwarku. Gromada żeńców i pomocnic udawała się do dworu, by złożyć wieniec właścicielowi i wziąć udział w zabawie z tej okazji.  Na przedzie szli muzykanci, następnie przodownicy, dziewki i kobiety, na końcu mężczyźni. Śpiewano:

Przed dworem kaczki w błocie, Jaśnie pani w szczerym złocie! Niesiemy plon, wielmożym w dom!

Żniwny dar przechowywano starannie, ponieważ ziarna z jego kłosów używano do siewu, aby w ten sposób podkreślić ciągłość cyklu wegetacyjnego. Ciekawy opis dożynek można odnaleźć w dziele Oskara Kolberga. W tomie Pomorze przedstawia święto plonów  w majątku w Waplewie:                

 „Jeden wieniec z żyta, drugi z pszenicy. Astry czerwone etc. Przynosi dwa wieńce dwóch mężczyzn kośników – oddają z rąk do rąk, kłaniając się do kolan (idą do dworu i do komisarza z drugimi wieńcami). Gdy odchodzą, wtedy inni parobcy, zaczajeni w różnych punktach domów lub krzaków, odchodzące kobiety oblewają wodą z kubłów – a te uciekają przed tą kąpielą z zasadzki we wszystkich kierunkach, co powszechną budzi radość i śmiechy. Po tym sprawia się im okrężne, dając wódkę, piwo, muzykę itd., a oni tańczą (na śpichrzu) przez noc całą”.   

W dziele tym jest także zawarty jst cały tekst piosenki  z Wejherowa  Plon niesiemy, plon, plon, naszemu panu w dom. To tylko jedna z wielu pieśni śpiewanych w czasie żnie.  Jak podaje  inny wybitny etnograf Izydor Gulgowski:

orszak dożynkowy na Kaszubach szedł z pieśnią na ustach Kto się w opiekę podda Panu swemu. Na północy regionu znana była przyśpiewka Wyrosła byliczka na odłogu, Dożęlim pszeniczki, chwała Bogu.

Jest na Kaszubach do dziś żywa  stara legenda, która mówi:

Przed żniwami pewien gospodarz pożyczył od swego sąsiada pięć korcy żyta. Gdy miał je zwrócić owemu gospodarzowi, twierdził, że pożyczył tylko trzy korce. Wtenczas zaskarżył go wierzyciel przed sądem, i obydwaj tak się kłócili, że nikt ich pogodzić nie umiał. Jeden mówił: „pjinc korzic" -a drugi krzyczał: „le trze", i kłócili się tak długo, aż się w ptaszki zamienili. Dzisiaj jeszcze żyją w zbożu i kłócą się przed żniwami. Jeden i drugi swoje ciągle wykrzykuje, i tak się kłócić będą do końca świata.  

Dziś dożynki są świętem dobrze wypełnionego obowiązku. Przybrały one inny charakter, a współczesne wieńce dożynkowe niejednokrotnie są niezwykłymi dziełami sztuki ludowych twórców, mających wiele oryginalnych pomysłów na ich tworzenie. Niosą ze sobą najważniejsze przesłanie, podziękowanie za ukończenie prac polowych i plony.

Źródło:

Błaszkowski W., Struktura etniczna i folklor kaszubski. Materiały do monografii turystyczno-gospodarczej województwa gdańskiego, z.3, Gdańsk 1960

Kolberg O., Dzieła wszystkie, Pomorze oraz Aleksander Hilferding Ostatki Słowian na południowym Brzegu Bałtyckiego Morza, t.39, Wrocław – Poznań,

Landowski R., Dawnych obyczajów rok cały. Między wiarą, tradycją i obrzędem, Pelpin 2000

Lorentz F., Fischer A., Lehr-Spławiński T., Kaszubi kultura ludowa i język, Toruń 1934

Stelmachowska B., Rok obrzędowy na Pomorzu, Toruń 1933

Treder J., Kaszubi wierzenia i twórczość. Ze słownika Sychty, Gdańsk 2000

Gryf Kaszubski, R. I (1932), nr 12, str. 7 - 10

 

Oprac. Barbara Kąkol

 

   

Żniwa na Kaszubach, fot. ze zbiorów Gabrieli Magrian

Wiązanie snopków przez żniwiarzy, fot. ze zbiorów Gabrieli Magrian

Młócenie zboża, fot. ze zbiorów Gabrieli Magrian

Młócenie zboża, fot. ze zbiorów Gabrieli Magrian

Układanie stogu, fot. ze zbiorów Gabrieli Magrian

W zbiorach Muzeum Kaszubskiego w Kartuzach znajduje się fotografia, która  przedstawia trzy hydroplany na Jeziorze Łapalickim podczas ćwiczeń z wojskami lądowymi.
Z relacji - bosmana mechanika - Bolesława Rusaka opublikowanej w książce Andrzeja Celarka, Morski Dywizjon Lotniczy, wiemy, że w 1929 r. z Jeziora Łapalickiego pod Kartuzami startowały trzy wodnopłatowce LeO H 135. Samoloty uczestniczyły w ćwiczeniach z kilkoma batalionami Obrony Narodowej, wykonywały pozorowane naloty bombowe i zrzucały meldunki. Po wykonaniu tych zadań wracały na jezioro, z którego startowały do Pucka. Dwóm hydroplanom  start przebiegł bez zakłóceń, niestety załoga trzeciego samolotu  wybrała lot pod wiatr, w poprzek jeziora, na dość wysokie, zalesione wzgórza. Na 150 m wysokości, jeden z silników nagle zmniejszył obroty, co spowodowało ślizg na skrzydło. Samolot zaczął spadać w dół, zaczepił skrzydłem o wodę i zniknął. Na szczęście załoga, w tym mechanik Rusak zdołali się uratować. Pozostałe dwa hydroplany zawróciły z nad Kartuz na ratunek kolegom. Wyciągnęli ich z wody zaś wrak wodnopłatowca zabezpieczyli, sądząc, że osiadł na płyciźnie.
Następnego dnia bosman Rusak przybywszy na miejsce zdarzenia zauważył, że wraku nie ma. Akcja poszukiwawcza trwała całe lato, w końcu ( w dużym uproszczeniu streszczając) wyciągnięto konkluzję, że „Smok” z głębin Jeziora Łapalickiego nie chce oddać samolotu. 
Więcej informacji znajdziecie Państwo w publikacji:
A. Celarek, Morski Dywizjon Lotniczy, wspomnienia lotników, Gdańsk 2002
---
Samolot- amfibia Liore et Olivier LeO H-135 został zbudowany w firmie Liore et Olivier w Levallois-Perret pod Paryżem. Jego konstrukcję oparto na łodzi latającej LeO H-13B3. Układ samolotu, z małymi modyfikacjami, pozostawiono bez zmian, utrzymano także napęd dwusil-nikowy. Samolot ten, jako amfibię, wyposażono w podwozie klasyczne wciągane w locie oraz podczas wodowania pod płat dolny. Samolot otrzymał oznaczenie LeO H-135B3. Symbol B3 na końcu oznaczał samolot bombowy trzymiejscowy.
Prototyp samolotu-amfibii LeO H-135B3 zo¬stał oblatany w 1926 r. Próby w locie zakończyły się pomyślnie i w połowie tego samego roku uruchomiono jego produkcję w małej serii w Polsce.
W 1925 r. zakupiono 2 egz. LeO H-135B3 dostarczone w kwietniu 1926 r., a następnych 5 dostarczono w 1927 r. LeO H-135B3 pełniły służbę patrolową nad wybrzeżem i wodami terytorialnymi, ponadto wykonywały przeloty w głąb kraju, najdalej do Lwowa. Trzy z nich zostały utracone w wypadkach lotniczych. Samoloty te były używane do 1933 r., ostatni przetrwał dłużej. W 1934 r. wykorzystano go do zdjęć w locie dla filmu fabularnego ”Rapsodia Bałtyku”. W tym samym filmie wykorzystano w postaci na pół zatopionego rekwizytu wrak innego LeO rozbitego we wcześniejszym wypadku. Później był używany przez pewien czas do holowania rękawów H. Skasowano go dopiero w 1938 r.

Muzeum Kaszubskie im. Franciszka Tredera w Kartuzach powiększyło swoje zbiory o unikatowe artefakty, a to dzięki  hojności Mirosławy  i Jana Kazanów.   6  maja 2021 roku za pośrednictwem Pana Piotra Kazany, kartuskie muzeum otrzymało kilka fotografii wykonanych w 1942 r., a prezentujących zrzucenie dzwonów z wież kościoła poklasztornego w Kartuzach oraz ułamek z jednego dzwonu.  Wartość tej kolekcji podnosi fakt, że fotografie   pochodzą ze zbiorów  Feliksa Marszałkowskiego, a wykonane zostały przez kartuskiego fotografa Józefa Brillowskiego. Tym bardziej dziękujemy za ogromną życzliwość i okazany gest.

 

 Jak hitlerowcy zrabowali   dzwony z kościoła poklasztornego w Kartuzach

 

W czasie licznych wojen dzwony często padały łupem najeźdźców. A przecież dzwony mają szczególną symbolikę dla Kaszubów. Towarzyszą im w dobrych i złych momentach życia., w radościach i smutkach. Pierwsze dzwony kartuskie zostały zrabowane już w 1626 r. przez Szwedów za czasów przeora Repfa. Było tak  także w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej.  Wojny przynosiły  nie tylko terror, bezlitosną eksterminację społeczeństwa, zło,  zniszczenia ….  ale i kradzież mienia.

We wrześniu 1939 r. zniszczono w Kartuzach figurę Matki Bożej Królowej Korony Polskiej stawiając w tym miejscu ponownie pomnik wojaka pruskiego. W mieście ścięto pięć krzyży, zaś w 1941 r. usunięto z kapliczki figurę św. Brunona. Podobne sytuacje miały miejsce także w innych miejscach na Kaszubach. To tylko niektóre przykłady profanacji symboli religijnych Kaszubów. 

Niemcy dokonywali   grabieży  dzwonów na potrzeby niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. 15 marca 1940 r. Hermann Göring wydał rozporządzenie o przeprowadzenie ewidencji a następnie rekwizycji dzwonów  znajdujących się na terenach okupowanych i inkorporowanych do III Rzeszy. Proceder ten przybrał na sile, kiedy niemiecki przemysł zbrojeniowy zaczął odczuwać brak surowców.  Proces rekwizycji dzwonów nasilił się w 1941 r. po napaści Niemiec na ZSRR.  Proboszczowie otrzymywali od okupanta specjalne ankiety, w których mieli zawrzeć informacje na temat dzwonów w ich parafiach. Tak też było w Kartuzach.

Przy zabieraniu dzwonów obowiązywały na tym terenie następujące zasady: kościołom parafialnym należało pozostawić jeden dzwon najmniejszy, podczas gdy kościoły filialne musiały oddać wszystkie.  Zarekwirowanym dzwonom Niemcy przypisywali odpowiednie kategorie:

Kategoria A – obejmowała dzwony powstałe po 1875 roku, nie posiadające wartości historycznej. Miały one być przekazywane bezpośrednio do hut, do natychmiastowego przetopienia

Kategorie B i C – obejmowały dzwony uznane za zabytkowe i artystyczne. Tego rodzaju dzwony wysyłano do specjalnych składnic, gdzie miały oczekiwać na przetopienie w wypadku wyczerpania się zasobów kategorii A.

 Kategoria D – obejmowała  dzwony o znacznej wartości historycznej. Te według ks. Kazimierza Raepke nie podlegały demontażowi. W rzeczywistości składowano je w celu sukcesywnego przetapiania w ramach potrzeb. Najprawdopodobniej  kartuskie, siedemnastowieczne dzwony trafiły tak jak i dzwony gdańskie do huty pod Hamburgiem.

Składowisko dzwonów pod Hamburgiem 

Zrabowanie  dzwonów z wież kościoła poklasztornego w Kartuzach nastąpiło w 1942 r.. Zabrano trzy zabytkowe dzwony z lat 1640, 1643, 1644.  Demontażu podjęli się  Paweł Langa i Leon Niklas z Kartuz. Prawdopodobnie na polecenie Niemców pomagali im w tym miejscowi kowale, Magulski i Necel.

Dzwony te – jeden ruchomy zwany chórowym i dwa stałe, zegarowe zostały sprowadzone do Kartuzji Kaszubskiej  przez przeora Repfa.  Większy z nich, godzinowy ważył 962 kg, był metrowej średnicy, miał 70 cm wysokości i  napis GLORIA IN EXCELSIS DEO. Ozdobiony był stylizowanym ornamentem roślinnym. Z fotografii otrzymanych od Piotra Kazany trudno odczytać łacińskie sentencje, jedynie wyraźne:  Anno Domini  1640 (fot.1).

Fot. 1. XVII w. zabytek ludwisarstwa gdańskiego, fot. Józef Brillowski 

Fot. 1 Dzwon odlany w 1640 r., w czasie II wojny światowej zrzucony z wieży kościelnej, 

fot. Józef Brillowski. Fotografia przekazana przez Państwo Mirosława i Jana Kazana.

     Drugi, kwadransowy, ważący 174 kg, miał średnicę 70 cm, pół metra wysokości, datę i niżej na płaszczu podpis: FUDIT ME BENNINGK GEDANI (odlał mnie gdańszczanin Benningk).  Odłamki tego dzwonu jak podaje wybitny historyk ks. Kazimierz Raepke w swym dziele Kościół  dawnej Kartuzji Kaszubskiej w Kartuzach posiadali Feliks Marszałkowski, Józef Brillowski  i być może jeszcze kilka innych osób.  Był to dzwon z 1643 r..

Odłamek dzwonu, który posiadał Feliks Marszałkowski został przekazany do zbiorów

muzeum przez Państwo Mirosława i Jana Kazana

    Na wieży środkowej  zawieszony był dzwon ruchomy z 1644 r., odlany także przez Gerharda Benningka. Ważył 180 kg, miał 65 cm średnicy i 50 cm wysokości, zdobiły go piękna korona z manierystycznymi maszkaronami i napisy. Na czapie dzwonu widniał napis; CARTUSIAE PARAD. B.V. MARIAE F.I.V.R MDCXLIV (fot.2).  

Fot. 2 fotografia ze zbiorów Mirosławy i Jana Kazanów. Fot. Józef Brillowski 

Na odwrocie fotografii ręczne adnotacje Feliksa Marszałkowskiego 

    Te dzwony Niemcy zrabowali. Pozostawiono jedynie najmniejszy na wieży wschodniej z 1884 r.. Jest to dzwon udekorowany fryzem z owoców granatu, wina i kunsztownych draperii. Ten do dziś dzwoni ze wschodniej sygnaturki.

    W kwietniu 1942 r. niemieccy okupanci, największy, godzinowy dzwon spuścili z wieży zachodniej po belce, który przy upadku wrył się w ziemię na głębokość metra. Drugi, kwadransowy, z wyższej kondygnacji hełmu wieży zachodniej, podczas zdejmowania spadł i rozbił się według relacji Józefa Brillowskiego na kawałki. Kolejny dzwon, ruchomy, z wieży środkowej, demontowano ostrożniej i spuszczono po specjalnym pomoście.

I jak pisze  znany, kartuski pisarz Ryszard Ciemiński w swym dziele Album kartuski:

 

                        Fotograf z ulicy Jeziornej [Józef Brillowski] otrzymuje wiadomość  o przygotowywaniu klasztornych dzwonów do przetopienia. Naprędce wykonuje serię zdjęć dzwonów                                      zęściowo już spękanych, rozłupanych. Gra idzie o zachowanie ku pamięci łacińskich napisów. Udało się. Są tam na nowej, już powojennej, wersji dzwonów, oznajmiających                              całemu miastu o zbliżającej się mszy świętej, nabożeństwie czy uroczystości kościelnej.

W  ubiegłym roku Muzeum Kaszubskie otrzymało jeszcze jeden mały fragment  dzwonu od Pana Marcina Plichty.  

    Po wojnie pierwszy proboszcz ks. Ignacy Stryszyk, 25 kwietnia 1948 r. zamówił  nowy dzwon  o imieniu „Brunon”. Poświęcenia dokonał ks. biskup Kazimierz Józef Kowalski. Niestety z powodu złego stopu, dzwon pękł w pierścieniu odsercowym i został odlany na nowo. Wówczas po naprawie dzwon już został poświęcony przez samego ks. Stryszyka. W 1960 r. kolejny proboszcz kartuski ks. Franciszek Żur sprowadził z Wrocławia dwa nowe, ruchome dzwony. Większy, poświęcony Matce Bożej Wniebowziętej, zawisł na wieży zachodniej obok „Brunona”, mniejszy, poświęcony św. Franciszkowi Ksaweremu, na wieży środkowej.

Straty poniesione przez parafie powiatu kartuskiego były znaczne, gdyż z  60 dzwonów, istniejących w 1939 r., zostało zrabowanych do końca wojny 35, o dużej wartości zabytkowej.

Jedyną pamiątką po nich są zachowane fotografie oraz …. odłamki przekazane do kartuskiego muzeum.

(oprac. B.K)

 

Korzystałam z:

  1. Hajduk, Kartuzy i powiat w latach 1939-45 [w:] Dzieje Kartuz, t. 2, Kartuzy, 200, s. 228
  2. Walkusz, Wojenne losy duchowieństwa katolickiego ziemi kartuskiej 1939 – 19945, Kartuzy 1999, s. 24
  3. Ciemiński, Album kartuski, Gdańsk 1991, s. 27
  4. Raepke. Kościół dawnej kartuzji Kaszubskiej w Kartuzach, s.162

Pomerania, 1983, nr 11

 

Katastrofa w Sartawicach – rzecz o relikwiach św. Barbary

 

Niedawno otrzymałam  w prezencie od  Pani Sławiny Kosmulskiej -  córki Lecha Bądkowskiego książkę o tytule Odwrócona kotwica.  Publikacja wielu osobom świetnie znana, zważywszy, że po raz pierwszy ukazała się w 1976 r.. Niemniej  warto do niej wracać chociażby z tego względu,  że jest to książka historyczna  odnosząca się  do średniowiecznych dziejów Pomorza.

 Mnie najbardziej - z wiadomych względów -  zaintrygowała  Katastrofa w Sartawicach nawiązująca  do   historii kradzieży  relikwii  św. Barbary.  Przy czym autor wyraźnie zaznacza swoje wątpliwości co do prawdziwości niektórych wydarzeń. Bo przecież  losy św. Barbary  a także jej relikwii opierają się w dużej mierze  na przekazach legendarnych.

Kult św. Barbary jest  bardzo popularny wśród  Kaszubów.  Kaszubi przywiązywali szczególną wagę do tej świętej, ponieważ była patronką rybaków. Mawiali: „W święto Barbórki (4 grudnia), zdejm sanie z górki” co oznaczało szybkie nadejście zimy.

Wizerunek świętej występuje bardzo często w sztuce ludowej Kaszub. W zbiorach kartuskiego muzeum znajduje się piękny obraz na szkle z podklejonym obrazkiem – wizerunkiem świętej.

Przypomnijmy kim była. Łacińskie słowo „barbara” znaczy tyle, co mieszkanka spoza Grecji, cudzoziemka. Należy ona do tych świętych,  których akta zaginęły, ale żywa pamięć  o niej zachowała się˛ do czasów współczesnych. Nie znamy dokładnie daty jej śmierci. Przypuszcza się, że zmarła około roku 305, za panowania cesarza Maksymiana Galeriusza (305-311). W tym czasie dochodziło do najkrwawszych prześladowań  chrześcijan. Przekaz legendarny mówi o niej, że była córką Dioskura z Nikomedii (lub Heliopolis) w Bitynii, sprawującego  w mieście wysoki urząd. Była tak piękna, że o jej rękę˛ ubiegało się wielu najznakomitszych młodzieńców. Ona jednak odrzucała wszystkie propozycje,   bez wiedzy ojca przyjęła chrzest i złożyła  ślub dozgonnej czystości jako oblubienica Chrystusa. Rozgniewany ojciec zamknął ją w wieży. Była poddawana różnym torturom, obcięto jej piersi, mimo to nie wyrzekła się wiary. Zginęła męczeńską śmiercią – ścięto jej głowę. Ikonografia najczęściej przedstawia św. Barbarę˛ w stroju królowej w koronie, podkreślając w ten sposób jej szlachetne pochodzenie. W ręku trzyma palmę męczeństwa czy też zwycięstwa lub kielich z hostią.  Czasami przedstawiana jest z wieżą,  w której miała być  zamknięta  przez ojca. 

 Legenda głosi, że papież Innocenty IV ( od 1243 do 1254 r.) pragnął namówić duńskiego króla Eryka IV do wspólnej wyprawy przeciwko pogańskim piratom. Wysłał do niego biskupa Sendezę z wyjątkową relikwią - głową św. Barbary. Niestety wysłannika spotkał zawód: gdy dotarł do Danii, okazało się, że w obawie przed szalejącą w królestwie zarazą Eryk IV udał się do Szwecji. Niestrudzony Sendeza ruszył w dalszą drogę za Erykiem. Niestety statek, którym płynął rozbił się u oksywskiego wybrzeża (niektóre źródła podają, że było to bliżej Rumii). Sendeza dostał się do niewoli.  Los jego byłby przesądzony, gdyby nie przejeżdżający orszak pomorskiego biskupa z Kamienia Jaromira, który był również siostrzeńcem księcia pomorskiego Świętopełka. Jemu to biskup Sendeza  przekazał relikwie św. Barbary.

Tyle legenda, która tłumaczy w jaki sposób  relikwia czaszki św. Barbary znalazła się  (do 1242 roku)  w posiadaniu książąt pomorskich. W Sartawicach znajdował się gród Świętopełka (Sartowice obecnie położone są w powiecie świeckim).

Bądkowski dokładnie analizuje wyprawę  Krzyżaków na Sartawice opierając się na średniowiecznej  relacji  Henryka von Hohenlohe powstałej w 1247 r. oraz relacji Piotra z Dusburga zapisanej w Kronice ziemi pruskiej w XIV w.. Trafnie ocenia, że:

         Piotr z Dysburga [w swej relacji] chciał zataić, że: po pierwsze, bracia    zakonni po zwycięstwie przede wszystkim rzucili się na rabunek, po          drugie,        że relikwię znaleźli raczej przypadkowo, wypatrując skarbów,          po trzecie,   że głowa św. Barbary była starannie zabezpieczona przez          Świętopełka,         który zaopatrzył ją w swoją pieczęć i „atest”       stwierdzający tożsamość.         Rabunek wprawdzie był (i pozostał) praktyką wojenną, ale nikt się nim nie   chwali, a propaganda   zakonna idealizująca rycerzy NM Panny, wolała        więc   ten fakt        przemilczeć, zwłaszcza wobec zetknięcia się, w czasie tego          rabunku, z tak ważną świętością. Ta sama propaganda przedstawiała    Świętopełka jako „syna diabła”, „syna nieprawości i zatracenia”,         „przewrotnego”, głuchą żmiję”, jako barbarzyńca i odszczepieńca, który   na     zgubę chrześcijan sprzymierzył się z poganami, wypadało zatem   przemilczeć, w jakim poszanowaniu przechowywał głowę świętej,   postępując zgodnie z obyczajami innych książąt chrześcijańskich.

Czaszka została  wykradziona z grodu w Sartowicach przez Krzyżaków. Potem  przechowywana była w kaplicy na zamku w Starogrodzie (pod Chełmnem).  Św. Barbara stała się zarówno patronką tego miejsca jak i  dzieła chrystianizacji Prus jak i całego państwa zakonu krzyżackiego. Z biegiem czasu miejsce to stało się centrum pielgrzymkowym państwa zakonu krzyżackiego w Prusach. O istniejącym kulcie oraz licznie przybywających pielgrzymach posiadamy sporo informacji. Sanktuarium to nawiedziła między innymi, w 1400 roku księżna Anna, żona księcia Litwy - Witolda. Kult w Starogrodzie ogniskował się przede wszystkim wokół figury, która zawierała relikwie oraz relikwiarza w kształcie głowy. Ośrodek kultu w kaplicy zamkowej w Starogrodzie przestał istnieć wraz z wywiezieniem relikwii św. Barbary w 1454 roku do Malborka.

Podczas wojny trzynastoletniej (1454-1466) relikwia została ukryta na zamku w Malborku, skąd król Kazimierz Jagiellończyk po zajęciu twierdzy przekazał ją do klasztoru w Czerwińsku nad Wisłą lub jak czytamy w Odwróconej kotwicy do Gdańska.  I tutaj są już rozbieżności. Relikwie kradziono i wyrywano sobie zbrojnie. Autor konstatuje, że relikwie w średniowieczu  cudownie  się rozmnażały i nagle święty miał  kilka głów. Nie od dziś wiadomo, że w średniowieczu dochodziło do nadużyć, sprzedawano bowiem fałszywe relikwie.

Potwierdzeniem istnienia relikwii w  klasztorze  w Czerwińsku jest jedynie zachowana do dzisiaj herma (relikwiarz) św. Barbary przechowywany w Muzeum Diecezjalnym w Płocku.

  Bądkowski informuje, że głowa św. Barbary znalazła się w Gdańsku za dług zaciągnięty u mieszczan na prowadzenie wojny trzynastoletniej. Kazimierz Jagiellończyk dał ją miastu w zastaw razem z drzazgą krzyża świętego. Sam król wszedł w ich posiadanie w zdobytym Malborku.  Dostrzegał ich komercyjną wartość.

Relikwie św. Barbary w Gdańsku  przy każdej większej uroczystości były ukazywane w wyjątkowym relikwiarzu. Niestety zaginął on podczas II wojny światowej.

W 1969 roku decyzją kościelnych władz kult św. Barbary ograniczono jedynie do sfery lokalnej. Jako oficjalny powód podano fakt, iż cała historia związana z tą Świętą wywodzi się głównie z legend. Niemniej do dzisiaj na  Pomorzu, Kaszubach modlą się do św. Barbary rybacy i marynarze, prosząc o ochronę, obfite połowy i szczęśliwy powrót do domu. Rybacy pracujący  na morzu czy wodach śródlądowych, nie wypływali bez wizerunku św. Barbary. W trudnych sytuacjach zanoszono do niej modlitwy z wiarą,  że  przyjdzie im z pomocą. O jej orędownictwie w czasie sztormów i ratowaniu się rozbitków wspomina wiele kaszubskich opowieści. Z wdzięczności  za ocalałe życie  w okolicach portów i rzecznych przystani budowano  jej kapliczki.

Święta Barbara jest także patronką dobrej śmierci. Występuje w pieśniach żałobnych śpiewanych podczas kaszubskiej Pustej Nocy.

   

 Św. Barbara, obrazek drukowany i malatura na szkle 
    
 
 Św. Barbara
***
Zwyczaj malowania na szkle jest od dawna znany na Kaszubach i należy do ewenementów polskiej sztuki ludowej. Twórcy malarstwa na szkle korzystali dawniej z drzeworytów, które podkładali pod szkło, zaś motywy roślinne malowali temperą na szkle. Z biegiem lat technika się zmieniała i całość malowano na szkle. Tego rodzaju dzieła można współcześnie podziwiać między innymi w Muzeum Kaszubskim w Kartuzach. Kolekcja znajdująca się w Muzeum Kaszubskim jest unikatowa ze względu na jej niepowtarzalność i jedyne zachowane świadectwo tej sztuki kaszubskiej. Do Muzeum trafiła część zbiorów Aleksandra Majkowskiego, jako dar bezpośrednio od rodziny, jak i decyzją Prezydenta Miasta Gdyni z 1949 roku. Opisy obrazów na szkle z kolekcji Majkowskiego można znaleźć między innymi w książce „Sztuka ludowa na Kaszubach” Bożeny Stelmachowskiej oraz w publikacjach Józefa Grabowskiego. Poza zbiorem kartuskim jeden kaszubski obrazek znajduje się także w Muzeum Etnograficznym w Toruniu (św. Rozalia).
 
Św. Barbara, obrazek drukowany i malatura na szkle, XIX w., pochodzenie: Gdynia-Orłowo. Pochodzenie takie mogło być przyjęte ze względu na to, że obrazy te pozyskano jako pozostałość po Muzeum Miejskim w Gdyni – Orłowie.
 
 Obraz przedstawia św. Barbarę, posiada malowane tło z ornamentem kwiatowym (tulipany) oraz gipsowe obramowanie. Popiersie świętej na obrazku przedstawione jest  w owalu, na tle krzyża. W czterech polach utworzonych przez ramiona krzyża, symetrycznie do dużego owalu znajdują się  cztery małe owale, a w nich ręce i stopy Chrystusa. Obraz utrzymany  jest w kolorach czerwieni, brązów, żółci.
(oprac. B.K)